If you're feeling down, here's the remedy
W najnowszym ogłoszeniu przeczytacie o zmianach w administracji oraz rankingu za maj!
Zestaw nowych zadań miesiąca możecie znaleźć pod tym linkiem.
Hasło do konta universal person to monterey.
ratownik medyczny, monterey community hospital
Awatar użytkownika
about me
in a world where you can be anything, be kind.
171 cm
24 y/o
wydra za napisanie karty nagroda - trust me, i'm a paramedic bobby - the goof george - the mad writer pearl - the ghostwriter pontoons and swimmers copy printer argument i'm here for the drama wine&dine the great british baking show slip and fall pie in the face black like my soul 4 chord songs pet me 1 tequila, 2 tequila, 3 tequila, floor somebody that i used to know scream and shout let's get it on keep this love in the photograph friendly chats drunken sailor after all this time? always a hard day's night marcowe zadanie - włamania world water day - the unyielding world water day - the unflinching
Cytuj

Post ()

Jedną ręką próbowała wymacać obrażenia na swoim ciele. Okej, miała obie ręce i czucie w nogach, więc to połowa sukcesu. Brzuch miękki, czyli chyba bez obrażeń wewnętrznych. No i wprawdzie trochę napierdalała ją szyja i lewy bark, ale nic dziwnego, wszak po takiej wywrotce mogło być znacznie gorzej. W każdym razie, nie ma to jak zdiagnozowanie samej siebie, chociaż oczywiście Sam wolała tego nie robić.
Posłusznie została w pozycji, w jakiej znalazła ją Joan, mimo że najchętniej zerwałaby się na równe nogi i pomogła w akcji, ówcześnie wyciągając swoich ludzi z pojazdu. Wiedziała jednak, że byli w dobrych rękach. Ba, w najlepszych, skoro była tutaj Abernathy ze swoją jednostką. I w sumie to Sayed chyba była trochę w szoku, a we krwi buzowała jej adrenaliny, bo w ogóle nie przyswajała do świadomości, co wydarzyło się przed kilkoma chwilami.
- Szkoda, że pan Davis nie przeżył tych szaleństwo - mruknęła i wskazała podbródkiem na leżącego obok staruszka. Bardzo optymistyczna perspektywa, tak leżeć sobie obok trupa, nie ma to tamto.
Usłyszawszy zduszony, nieco gniewny głos Marka, Sam nieco się uspokoiła. Żył. Żyli, bo po chwili i George wdał się w dyskusję ze strażakami. Nawet próbował żartować, trochę nieudolnie, jak to w jego przypadku bywało, więc chyba serio cała trójka miała więcej szczęścia, niż można było przypuszczać.
- Nosz kurwa mać - jęknęła, kiedy Jo zakładała jej kołnierz. - Musisz mną tak szarpać? - zapytała z poważną miną, jednak kąciki jej ust zadrgały niespokojnie i zaraz uniosły się w lekkim uśmiechu. Nie miała zamiaru marudzić, co nie zmieniało faktu, że mega dziwnie było być na miejscu pacjenta. Oczywiście Sayed pragnęła być traktowana w taki sposób, w jaki sama postępowałaby wobec poszkodowanych i wiedziała, że Abernathy do przyjazdu karetki zajmie się nią należycie. Nie oszukujmy się, nie mogła być aktualnie w lepszych rękach.
- To był nasz trzeci wyjazd tego dnia - stęknęła, opadając z powrotem na powyginaną blachę wewnątrz pojazdu. - Z rana wyjechaliśmy do nastolatka, który przedawkował prochy przeciwbólowe i trzeba było zabrać go na błyskawiczne płukanie żołądka, później faktycznie były zaparcia u kobiety po czterdziestce, a potem wezwanie do zawału - ponownie zerknęła na leżące obok zwłoki. Biedny pan Davis. - W porządku, Abernathy, nie mam zamiaru ci tutaj schodzić - zaśmiała się słabo; przy każdym tego typie ruchu i geście bark rwał i kłuł w dosyć nieprzyjemny sposób, i Sam miała nadzieję, że skończy się na nastawianiu i temblaku, a nie na całej kończynie w jakimś przeklętym gipsie. - A ty? - zerknęła na na Joan, bezwiednie zaciskając palce na jej nadgarstku. - Ile bezbronnych kotków ściągnęłaś dzisiaj z drzewa? - pogawędka z przyjaciółką zdecydowanie umilała czas oczekiwania na przyjazd innego ambulansu, choć Sayed bardziej interesowało czy strażacy zdołają wyciągnąć zakleszczonych z przodu sanitariuszy.

Joan Abernathy
bubek#2094

Strażak, Carmel Hill Fire Station
Awatar użytkownika
about me
And the terror and the horror
Gotta wonder why we bother
All the glamour and the trauma
And the fucking melodrama
173 cm
27 y/o
wydra za napisanie karty marty - the originator somebody that i used to know wine&dine
Cytuj

Post ()

Sam Sayed

- Trzeci i ostatni dla tej karetki – mruknęła i choć sądziła, że wóz trafi do naprawy, to na pewno trochę to zajmie zwłaszcza, że strażacy się nie cackali i jeżeli nie mogli ot
niworzyć jakichś drzwi, to je cieli. Lakiernicy łapali się za głowę, jak to widzieli.
Słuchając historii o przedawkowaniu, zaparciach oraz zawale, rzuciła okiem w kierunku kabiny kierowcy. Ratownicy wciąż upierali się przy tym, że wyjdą o własnych nogach. Gorzej niż Sam narzekali na nałożone im kołnierze i pomocne dłonie. Na oko – z jednej i z drugiej strony – wyglądało to trochę nieporadnie. Powypadkowa adrenalina dodawała ratownikom pewności siebie, zaś strażaków dopadał mały nerw, gdy profesjonaliści od ratowania ludzi mówili im, jak mieli to robić albo czego nie robić.
Niech wreszcie przyjedzie karetka i ich stąd zabierze..
Abernathy uśmiechnęła się pod nosem i powróciła spojrzeniem na przyjaciółkę, która niespodziewanie złapała ją za nadgarstek.
- Właściwie to wczoraj wieczorem.. – Zrobiła krótką pauzę czując bolesną gulę w gardle. Wczoraj straciła najlepszego przyjaciela i dzisiaj prawie to samo stało się z Sayed. Sądziła, że miała po prostu zły dzień, ale najwyraźniej zapowiadały się aż dwa, tydzień, miesiąc albo całe życie.
- Abernathy! Jednego mamy. Drugiego będziemy musieli wyciągnąć tyłem. Falcon zaraz będzie ciął drzwi.
- Przyjęłam – odpowiedziała bez wahania i spojrzała na tylne klapy, których zamek podczas uderzenia musiał się zablokować, bo nijak szło je otworzyć.
- Zrobi się głośno, ale bez obaw. To nie ja tnąca ci kończyny, jak w koszmarze sprzed dwóch miesięcy. – Uśmiechnęła się pokrzepiająco, do tej pory wypominając Sayed, że ta miała czelność wyśnić sobie, jak Joan ją morduje z pomocą ogromnej piły używanej przy wypadkach. – Wciąż próbuje wyśnić ciebie mordującą mnie, ale jakoś mi nie idzie. Może lubię cię bardziej niż ty mnie? – Pokazała jej czubek języka, bo uznała, że luźne tematy były lepsze od wspominania wczorajszego wieczora oraz nocy, podczas której dodatkowo zamartwiała się o brata. Miała wrażenie, że wszyscy się zmówili i w jednym krótkim czasie postanowili wywołać u niej skrajne załamanie albo zawał serca, jak u biednego Davisa.
- Tniemy! – zawołał ktoś z zewnątrz, na co Joan drugą dłonią objęła tę, która trzymała ją za nadgarstek. Nie trwało to długo, bo widząc skrzywioną minę Sam, której zapewne bolała głowa (i jeszcze ten hałas..), przesunęła się odrobinę, zawiesiła nad nią i w miarę możliwości swymi dłońmi zakryła uszy. Normalnie nigdy by tak nie zrobiła, ale świadomość, że przyjaciółka nie znosiła dźwięku paznokci drapiących tablicę kazała Joan potraktować ów odgłos podobnie. Jak coś nie do zniesienia, wywołującego ciarki i chęć zdrapania z siebie całej skóry.
- Słyszę karetkę - powiedziała, ale szybko zrozumiała, jak głupio postąpiła, bo Sam jej nie słyszała. Pokręciła głową na boki i odczekała jeszcze chwilę aż piła ucichnie. Zabrała dłonie. - Powiedziałam, że słyszę karetkę. - Której dźwięk stał się na tyle głośny aby sądzić, że byli bardzo blisko. - Jak się czujesz? - Wiedziała, że odpowiedź na to pytanie będzie inna niż sprzed paru minut. Powoli odpuszczająca adrenalina pozwalała poszkodowanemu dokładniej zweryfikować swój stan. Mało to się razy widziało chodzących ludzi ze świeżo złamaną nogą albo stopą? - Czy coś cię jeszcze boli? - dopytała pewna, że jeżeli porucznik pozwoli, na chwilę wyrwie się z pracy, żeby potowarzyszyć Sam. Nie chciała jej zostawiać. Widziała, że nie umierała, ale potrzebowała stu procentowego dowodu, że ten dzień nie będzie tak zły, jak wczorajszy.
-

ratownik medyczny, monterey community hospital
Awatar użytkownika
about me
in a world where you can be anything, be kind.
171 cm
24 y/o
wydra za napisanie karty nagroda - trust me, i'm a paramedic bobby - the goof george - the mad writer pearl - the ghostwriter pontoons and swimmers copy printer argument i'm here for the drama wine&dine the great british baking show slip and fall pie in the face black like my soul 4 chord songs pet me 1 tequila, 2 tequila, 3 tequila, floor somebody that i used to know scream and shout let's get it on keep this love in the photograph friendly chats drunken sailor after all this time? always a hard day's night marcowe zadanie - włamania world water day - the unyielding world water day - the unflinching
Cytuj

Post ()

Nawet Sam krzyczała do swoich chłopaków, żeby się nie wydurniali i dali sobie pomóc. Jakiś czas temu słyszała o wypadku karetki, w której ucierpieli wszyscy medycy, a jeden z nich wyczołgał się z pojazdu i chciał jechać do pracy. Miał uraz czaszkowo - mózgowy i nie myślał racjonalnie, więc Mark i George mieli siedzieć na dupach i wyjść dopiero wtedy, gdy strażacy na to pozwolą, a w pobliżu zjawi się kolejna karetka, która udzieli im odpowiedniego wsparcia.
- Żebyś tylko nie lubiła mnie za bardzo - zaśmiała się cicho i odwdzięczyła się Joan wystawionym językiem. Śmieszna sprawa, bo Sayed nigdy nie zastanawiała się nad swoją orientacją, a poznając Abernathy byłaby skłonna przystanąć na chwilę i podumać nad innymi ewentualnościami.
Początkowo cięcie blachy było do zniesienia, ale im panowie ze straży zbliżali się do końca, tym odgłosy stawały się znacznie głośniejsze. Faktycznie można było je porównać do przejeżdżania paznokciem po tablicy, tylko z dziesięciokrotnie większą intensywnością.
Zmrużyła oczy, ówcześnie dziękując spojrzeniem Joan za to, że zakryła jej uszy i pomogła przetrwać ten hałas. Bez bólu głowy można było go jeszcze przyjąć, zacisnąć zęby i jakoś przetrwać, ale ten przeszywał jej czaszkę na wskroś i przez to ciężko było skupić myśli.
O przyjeździe karetki usłyszała dopiero za drugim razem, gdy strażacy odrzucili piłkę na bok i pojedynczo zaczęli przechodzić z tyłu karetki na przód, żeby wyciągnąć George'a.
- Jakby ktoś mnie zeżarł i wysrał. Czyli dosyć chujowo - odparła w odpowiedzi na pytanie o samopoczucie. - Ale do przeżycia. I nie boli mnie nic poza głową i barkiem. Może trochę lewy policzek, chyba zaryłam nim o wysuniętą szufladę. No nie patrz tak na mnie, nic mi nie będzie, Jo. Serio - dodała z naciskiem na ostatnie słowo, żeby przyjaciółka nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. - A jak chłopaki? Jakie mają urazy? - zapytała, cały czas mając w myślach Marka i Geroge'a. Wprawdzie strażacy nie byli medykami, ale mieli kwalifikacje z pierwszej pomocy i na pewno zdołali zdiagnozować te powierzchowne obrażenia oraz zabezpieczyć poszkodowanych.
Tego dnia, o dziwo, obaj mieli zapięte pasy. Dzięki Bogu, w innym wypadku wylecieliby przez przed nią szybkę. Sam pamiętała, że Mark bardzo nie lubił zapinać pasów, ale dziś George wyjątkowo na niego naciskał i oznajmił, że jeśli tego nie zrobi, on nie odpali silnika i nigdzie nie pojadą. Trochę creepy, jakby działanie jakieś sił wyższych, w których działanie Sayed w ogóle nie wierzyła. A dziś chyba mieli podczas tego wyjazdu więcej szczęścia niż rozumu. I może rzeczywiście coś nad nimi czuwało.

Joan Abernathy
bubek#2094

Strażak, Carmel Hill Fire Station
Awatar użytkownika
about me
And the terror and the horror
Gotta wonder why we bother
All the glamour and the trauma
And the fucking melodrama
173 cm
27 y/o
wydra za napisanie karty marty - the originator somebody that i used to know wine&dine
Cytuj

Post ()

Sam Sayed

- Mają się lepiej od ciebie. – Tym stwierdzeniem chciała zbyć pytanie Sayed, która bardziej przejmowała się kolegami niż sobą. Częściowo ją rozumiała, a nawet zdziwiłaby się, gdyby przyjaciółka przejawiła zachowanie czysto egoistyczne. Między inni przez jej dbałość o innych przypadła Joan do gustu. Owszem – przypadła do gustu – co miało miejsce na początku ich znajomości. To była pierwsza myśl, gdy je obie przypisano do jednego zadania. Sayed miała zająć się pacjentem a Abernathy w asyście zapewnić jej oraz poszkodowanemu względne bezpieczeństwo w kanałach. Zabezpieczenie i wyciągnięcie chłopaczka z tamtego miejsca nie było łatwe i wymagało podwójnych umiejętności oraz ogromu cierpliwości.
- Obicia i siniaki – dodała gdy Sam domagała się szczegółowej odpowiedzi. – Może lekkie wstrząśnienie. Nie martw się. – Dla potwierdzenia swych słów złapała dziewczynę za rękę, aż do momentu, gdy ratownicy do nich podeszli. Przekazała im wszystko co wiedziała ani na krok nie odstępując od Sayed.
Na zewnątrz powitało je mocne słońce oraz obecność wielu osób. Straż, ratownicy, policja i grupka spacerowiczów z lasu. Ci trzeci kręcili się przy karetce i częściowo wypytywali poszkodowanych o szczegóły, lecz na tę chwilę niewiele się to zdało. Wspomnienia choć świeże, były również zakrzywione przez adrenalinę, ból i dezorientację. Ratownicy mogli się spodziewać, że funkcjonariusze dopadną ich w szpitalu.
- Chcę z wami jechać – oznajmiła ostro na co ratownicy najpierw popatrzyli po sobie, a potem na poszkodowaną, którą transportowali do wózka. Czego oczekiwali? Że pomoże im w wyborze?
- Abernathy! Trzeba tu ogarnąć. Później zajmiesz się przyjaciółeczką. – zawołał jeden ze strażaków, który uważał się za super śmieszka stawiając przed koleżanką kolejne kłody. Na domiar złego zwrócił uwagę porucznika, którego sama nie zamierzała uprzedzać. Wymknęłaby się gotowa na późniejsze zebranie batów byleby móc przez cały czas towarzyszyć Sayed. To nie było po prostu przesadzone zachowanie a jawna obawa o to, że jej własny pech się nie skończył i rzeczywiście dzisiaj jeszcze coś mogło pójść nie tak.
- Sam, przyjadę po ciebie do szpitala. Nie ruszaj się stamtąd – pogroziła palcem, którego dziewczyna mogła już nie widzieć zwłaszcza zza zamykających się drzwi karetki.
Nic jej nie będzie. Nic jej nie będzie. Powtarzała w głowie przez cały czas, aż do chwili, gdy po powrocie do remizy, dostała pozwolenie na wyrwanie się z pracy i wizytę w szpitalu.

z/tx2
-

Psycholog policyjny, znawca okultyzmu, MPD, SJSU
Awatar użytkownika
about me
But brother, my demons keep on haunting me...
175 cm
35 y/o
wydra za napisanie karty
Cytuj

Post ()

—Droga bez powrotu—

Huxley Beresford nie spał tej nocy najlepiej. Dziwna kakofonia dźwięków sąsiedztwa Fisherman Flats oznaczała nadchodzący, gorący okres letnich festiwali w Monterey, a to z kolei przekładało się na skąpe godziny odpoczynku. Wychodząc rano do pracy, otaczał go miejski zgiełk, trąbienie samochodów i stukot pośpiesznie gnających ludzi. Wróciwszy wieczorem, codziennym zjawiskom ustąpiła głośna muzyka z wąski ogródków na tyłach kamienic, grillujących ludzi uradowanych perspektywą weekendu oraz dzikich pląsów marynarskich w stoczni, o których wkrótce całe miasteczko mówiło.
Nie istniał żaden naturalny przepis na udany, odżywczy sen. Poza tabletkami nasennymi, a tych wolał unikać. Nie lubił budzić się otumaniony, jak na kacu, tylko bez bólu głowy. Postawił na półsyntetyk — gorące mleko w proszku. Ledwo zamoczył usta w fotelu nad nowym wydaniem Monterey Herald, gdy jego telefon rozdzownił się na stoliku kawowym.
Huxley rzucił okiem na ekran i już wiedział, że dzisiaj nie zaśnie o ludzkiej porze — nawet z odgłosami mordowni za uchylonym oknem.
Szeryf miasta nie rozdrabniał się, ani nie lawirował dookoła tematu. Właśnie to w nim tak bardzo szanował — prosto, konkretnie i do celu. Mężczyzna reprezentował wszystko, co Beresford pragnął osiągnąć wśród swych, pożal się Freudzie, pacjentów: niezależność, zdolność do zdrowego wyrażania własnego zdania, asertywność. Jeśli szeryf mówił, że coś ma być zrobione, to tak się działo. Huxley wiedział lepiej — cholerykom u władzy można wiele zarzucić, lecz nie brak stanowczości. Łatwo ich zmanipulować, ale dobrych półgłówków trzma się przy sobie, nie oddaje na pastwę losu.
Po potwierdzeniu zadania założył wygodne adidasy, długie jeansy i najzwyklejszy w świecie biały t-shirt. Zastanowiwszy się przed szafą, zmienił koszulkę na czarną koszulę. Krew ciężko wywabić z jasnego materiału, a zakładał, że spanikowana kobieta, o której wspomniał przez telefon szeryf, mogła spróbować swoich sił w ratowaniu życia ludzkiego. Praktyczność nigdy ponad elegancję, ale dziś postawił na wyjątek.
O wypadku trąbiło już miejskie radio. Przez całą drogę z centrum Monterey na obrzeża analizował wiadomości przekazywane przez speakera. Jedna ofiara śmiertelna, kierowca ciężarówki pod wpływem, kilku świadków, zastęp policji, medyków i straży pożarnej. Jeśli wierzyć świadkom, doszło do dekapitacji.
Huxley wyciągnął ze schowka paczkę papierosów i odpalił jednego. Niedopałek wyrzucił przez okno, dopiero gdy stanął przed blokadą policyjną. Kiedy wysiadł i wyminął reporterów skaczących jak pieski preriowe przed rzecznikiem prasowym mundurówki, jeden z funkcjonariuszy skinął do niego. Odpowiedział tym samym, przeszedł przez barierkę i rozejrzał się dookoła.
Na drodze leżały roztrzaskane elementy niegdyś dumnego crossa. Wygięta blacha z wytartym logiem utrudniała rozpoznanie producenta, ale świetnie sugerowała, że uderzenie w jednoślad nastąpiło od prawego boku. Huxley zastanowił się, co ten nieszczęśnik musiał poczuć w chwili bezradności i poszedł po śladach rozbitego szkła. Na wprost niego stała karetka pogotowia z włączonym sygnałem. Niebieska łuna oświetlała kraniec wjazdowy do lasu, stojący nieco dalej samochód osobowy i wysoki wóz strażacki, którego ekipa sprzątała większe odłamy żelastwa i plastiku z drogi.
Dziwne, asfalt jest czysty — pomyślał, mijając przebiegającego obok niego medyka. Nagle odwrócił się w jego kierunku.
Hej! — zawołał. — Gdzie jest świadek zdarzenia?
Ratownik nie odpowiedział mu, znikając za radiowozem.
Czeka w radiowozie, doktorze Beresford — odezwał się kobiecy głos. — Dobry wieczór. Tym razem to żadne morderstwo z premedytacją. — Funkcjonariuszka, której imię zawsze miał na końcu języka, powitała Huxleya stonowanym uśmiechem licówek i wskazała na samochód za ambulansem. — Proszę za mną.
Jak ona miała na imię? Nieważne. Robię, co do mnie należy i wracam do domu. Do domu pełnego smrodu grilla z parteru i klubowej muzyki bez klubowych rozrób.
Przy radiowozie stała dwójka oficerów: Saul Higgins, kurdupel z drogówki i jego partner Salus Berthold, co w każdy weekend grał w amatorskiej lidze koszykarskiej Monterey. Kucał przed otwartymi drzwiami, zza których zwisały smętnie smukłe, kobiece nogi.
Powtórzmy jeszcze raz — ciągnął spokojnie Berthold — motocyklista wyjechał z drogi podporządkowanej...
To jest leśnej — wtrącił Higgins.
... nie zatrzymując się na znaku STOP. Pani stała z drugiej strony, zatrzymała się i w następnej chwili samochód ciężarowy wjechał z niedozwoloną prędkością w kierowcę.
To jest tak z osiemdziesiątką. Bez ciśnięcia hamulców.
Zgadza się, proszę pani?
Według naszych ustaleń, pociągnął motocyklistę na ożebrowaniu jakieś sto metrów od miejsca uderzenia — wyszeptała funkcjonariuszka do Beresforda, a ten zmarszczył brwi. — Powiedział, że z wrażenia zapomniał, gdzie jest gaz, a gdzie hamulec. — Posłała mu wiadome spojrzenie, gdy Huxley zacisnął usta. Czyli miał nie jedną osobę do uspokojenia, ale dwie? Włącznie z zabójcą nieszczęśnika?
Co wiemy o...
Tylko tyle, że jechała do Monterey i ma zieloną kartę. Nazywa się — kobieta zerknęła do notesika — Antonina... Antonine? Antoni... de PO-E-SY. Nie wiem, nie znam francuskiego. To ona. Chcesz z nią od razu pogadać, doktorze?
Czuł, jak jego barki opadają, a powieki nagle stają się ciężkie. Nadchodziło znużenie.
Przytaknął.
Higgins, Berthold, dajcie pani odetchnąć. — Policjantka machnęła na nich dłonią. Zobaczywszy Beresforda, momentalnie oniemieli. Wszyscy kojarzyli go tylko z jednym rodzajem zdarzeń. Nikt nie oczekiwał, że będzie rozmawiał z żyjącymi. Nazywali go nawet Psychologiem Śmierci, a za plecami Psychologiem Okultystą. Przeprosili de Posey z ciepłymi uśmiechami i zrobili miejsce dla pozostałych.
Pani... proszę pani, jestem oficer Smith...
Jak pospolicie — wywrócił oczami.
...a to doktor Beresford. Jest naszym policyjnym psychologiem — powiedziała Smith, prezentując dziarsko dłonią mężczyznę. Stanął naprzeciwko de Posey z kamiennym wyrazem twarzy i mrugnął w geście przywitania, gdy na niego spojrzała. — To nie jest wymóg, ale może zechciałaby pani z nim porozmawiać o tym, co się tutaj wydarzyło?
Huxley zerknął kątem oka na Smith.
Przecież już wam powiedziała... cholera, pracuję z idiotami.

Antonine de Poesy
Pick one

religioznawca, Uniwersytet w San Diego
Awatar użytkownika
about me
Z religią i bez niej dobrzy ludzie zachowują się dobrze, a źli – źle; ale żeby dobry człowiek czynił zło – do tego potrzeba religii.
165 cm
31 y/o
wydra za napisanie karty ash - the loveable one
Cytuj

Post ()

Drżącymi dłońmi próbowała nieporadnie wystukać na ekranie telefonu numer alarmowy. Przerażony mężczyzna, sprawca wypadku, swoim zachowaniem nie ułatwiał jej zadania, stąd też stanowczo określiła granice i nie przebierając w słowach, dość wulgarnie poprosiła go o zachowanie spokoju. Bojąc się jednak, że ten może zbiec z miejsca wypadku kazała nie ruszać się mu dalej niż z pola jej widzenia. Z dalszej części feralnego zdarzenia pamięta już niewiele, jakby ktoś w pewnym momencie odciął jej zasilanie i wyczyścił pamięć za pomocą czarodziejskiego zaklęcia. Jedyną myślą, która natarczywie odbijała się w jej głowie było to, że przywlokła to gówno za sobą aż tutaj.
Szmer rozmów, oślepiające niebieskie światło samochodu uprzywilejowanego i policjant, nieudolnie próbujący wymówić jej nazwisko - wszystkie te elementy pozwoliły jej na powrót do rzeczywistości. Nie pamięta momentu przybycia służb na miejsce, nie wie czy była wtedy w swoim samochodzie czy nadal toczyła słowną potyczkę ze sprawcą wypadku. Nie pamiętała absolutnie nic, co tłumaczyła sobie wysokim stresem. W tej sytuacji nie pomagały jej żadne metody oddechowe czy też intensywne skupienie się na wypadku; doskonale znała swój organizm i wiedziała, że dopiero po kilkugodzinnym odpoczynku będzie w stanie bezbłędnie opisać wszystko to czego była świadkiem. Przesłuchujący ją policjanci nie mieli jednak tyle czasu i postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Przedstawiając jej możliwy przebieg wydarzeń, jakby sami także byli naocznymi świadkami wypadku, oczekiwali jedynie na jej aprobatę bądź sprzeciw.
- Możliwe. - wtrącała jedynie od czasu do czasu, co wcale nie ułatwiało pracy funkcjonariuszy. Nie chciała jednak podpisać się pod czymś czego pamiętać do końca wcale nie potrafiła. Nie było to w porządku ani wobec ofiary ani wobec samego sprawcy.
Siedząc w radiowozie jej jedyną czynnością podczas zeznań było odwracanie wzroku raz na twarz jednego funkcjonariusza raz na twarz drugiego. Bardziej zastanawiało ją to dlaczego tak bardzo zależało im na przejęciu inicjatywy i włożenia w jej usta swoich domysłów. Widać mężczyźni nie byli pocieszeni zakłóceniem ich nocnej zmiany stąd chcieli wrzucić całą procedurę na jak najwyższe obroty.
Antonine nie przypuszczała, że jej stan mógł być na pierwszy rzut oka tak tragiczny, że zdecydowano się wezwać na miejsce psychologa. Osobiście sądziła, że wystarczyłaby jej szklanka wody i chwila spokoju. Nie chciała jednak sprawiać problemów i poddała się woli funkcjonariuszy. Przywitawszy się ruchem głowy z nowo przybyłym mężczyzną, nie w pierwszej chwili rozpoznała w nim cel swojej podróży do Monterey. Po tak ogromnej dawce stresu jej głowa płatała figle i podejrzewała, że w obecnej sytuacji mogłaby nie poznać własnego ojca.
- Budzicie w środku nocy człowieka, abym powtórzyła mu to, co sami stwierdziliście? - w jej głosie można było odnaleźć nutkę wzburzenia. Pierwszy raz racząc ich tak długą wypowiedzią, wprowadziła w całą sytuację nutkę zaciekawienia; miała wrażenie, że niektórzy z funkcjonariuszy odwrócili głowy w jej stronę zafascynowani tym, że jednak potrafi zbudować zdanie złożone.
- Doktor Beresford. sprawia wrażenie człowieka potrafiącego łączyć fakty. Widzi co tutaj się wydarzyło. - odpowiedziała kobiecie, wydostając się z niewygodnego wnętrza radiowozu. Nie potrzebowała psychologa, znacznie bardziej przydałby się on przerażonemu sprawcy wypadku, który wypierał się tego faktu. Miała wrażenie, że pracujący przy tym wydarzeniu funkcjonariusze byli jak dzieci błądzące we mgle; chcieli coś osiągnąć ale nie do końca potrafili swój cel zdefiniować. Wygładziwszy delikatnie dłońmi swoją kwiecistą sukienkę, która w otoczeniu ciemnych umundurowań wglądać musiała dość komicznie, zerknęła badawczo w stronę gdzie ostatni raz świadomie widziała ciało ofiary. I chociaż miała wrażenie, że jej żołądek zatańczył twista, absolutnie nie dała poznać po sobie żadnej słabości. Wróciła wzrokiem na twarz doktora, której to poświęciła kilkanaście sekund; badawczo przyjrzała się mężczyźnie w infantylnym geście zmrużonych powiek, tak jakby chciała dostrzec w nim jakąś tajemnicę.
- Wraca Pan do Monterey? - takiego pytania zapewne nie spodziewał się nikt w szeregach funkcjonariuszy. Antonine nie zdziwiła więc reakcja pani policjant, która na jej pytanie westchnęła z dezaprobatą.
- Opowiem wszystko w drodze do miasteczka. - zaproponowała.

huxley beresford
matgaba#4187

Psycholog policyjny, znawca okultyzmu, MPD, SJSU
Awatar użytkownika
about me
But brother, my demons keep on haunting me...
175 cm
35 y/o
wydra za napisanie karty
Cytuj

Post ()

Zaskoczeni nagłym ożywieniem kobiety policjanci spojrzeli po sobie. Nie dość, że potrafiła mówić, to w dodatku miała temperament, a ten jednoznacznie mówił sam za siebie — tak przynajmniej chciał wierzyć Huxley. Wiedział lepiej, ale czasami wolał przymknąć oko. Dla świętego spokoju. Istniało wiele innych spraw, które mogły go przerzuć i wypluć. Nie musiała to być kobieta wychodząca z szoku. Nie straciła ani ręki, ani nogi, a kwiatowa sukienka nie była poszarpana ani zakrwawiona. Kilka dni koszmarów po makabrycznym widoku i będzie dobrze. Nie takie rzeczy ludzie przechodzili.
Niestety, nie wszyscy podzielali wewnętrzne zdanie doktor.
Chwileczkę, nie tylko pani potrzebuje pomo... — Smith nie dokończyła, spiorunowana kamiennym wyrazem twarzy Beresforda. Nie było to ani spojrzenie złośliwe, ani podszyte grozą, ale wywoływało dużą dozę niepewności. Odchrząknęła i ściągnęła łopatki. — Zadzwonię po panią Faro. Może dojedzie z San Jose do tego nieszczęśnika.
Tak będzie najlepiej — przytaknął i odprowadziwszy wzrokiem funkcjonariuszkę do drugiego radiowozu, wrócił uwagą do de Poesy. Jej propozycja wydała mu się jak siarczysty policzek po przebudzeniu, lecz z drugiej strony zyskał zielone światło do powrotu. Był uprawniony do udzielania pomocy ofiarom wypadków, ale odwiezienie świadka to nieco inna para kaloszy. Taka, co przemaka i przepuszcza błoto do środka. — Nie ma pani swojego samochód? — zapytał, nie dostrzegając w zasięgu wzroku żadnej osobówki. Wtedy przypomniał sobie słowa oficer Smith: "Według naszych ustaleń, pociągnął motocyklistę na ożebrowaniu jakieś sto metrów od miejsca uderzenia". — Proszę tego nie brać do siebie, ale nie płacą mi, jak taryfiarzom. To nieprofesjonalne. Za to któryś z policjantów na pewno panią podwiezie, jeżeli tylko pani poprosi. Ja jestem tu tylko, aby udzielić pomocy. Zatem? — Podparł się pod boki, a legitymacja policyjna na małym haczyku błysnęła przy lewej szlufce. Niebieskie światła kogutów policyjnych biły po jego twarzy, nadając jej surowego wyrazu. — Porozmawiamy, czy uważa to pani za zbędne?

Antonine de Poesy
Pick one

religioznawca, Uniwersytet w San Diego
Awatar użytkownika
about me
Z religią i bez niej dobrzy ludzie zachowują się dobrze, a źli – źle; ale żeby dobry człowiek czynił zło – do tego potrzeba religii.
165 cm
31 y/o
wydra za napisanie karty ash - the loveable one
Cytuj

Post ()

Nie przypuszczała nawet, że jej propozycja mogłaby spotkać się z aprobatą. Mężczyzna już od początku rozmowy wydawał się być zdystansowany i nazbyt profesjonalny. I chociaż domyślała się, że takiej postawy wymagała od niego zastana sytuacja, nie pogardziłaby odrobiną nieco cieplejszych słów i reakcji.
Gdy nawiązał do jej samochodu w geście niedowierzania uniosła brwi. Jeszcze przed momentem nie potrafiła wykrztusić z siebie podstawowego zdania a miałaby prowadzić w pełni skupienia auto? Sądziła, że mężczyzna pokusił się o mało śmieszny żart wobec aktualnej sytuacji. Na jego twarzy nie dostrzegła jednak cienia uśmiechu stąd domniemać mogła, że słowa doktora były wypowiedziane w pełni świadomie i poważnie. W milczeniu przechyliła swoją głowę na lewy a następnie na prawy bok, zupełnie jakby chciała nieco poluzować spięcie w karku bądź przygotować się do walki. Poddawała analizie każde z dokładnie wypowiedzianych przez mężczyznę słów doceniając ich dobór i spokój w jego głosie, pomimo widocznego na jego twarzy zmęczenia. Westchnąwszy głośno, wsunęła dłonie do kieszeni sukienki poddając analizie jego propozycję. Mogła przecież powołać się na znajomości ojca czy męża, jednak czy nie zabawniej było pozostawać anonimową? Niczym wygnaniec budujący życiorys w zupełnie nowym mieście. Nie sądziła aby to był czas aby posługiwać się tak ciężkim kalibrem argumentu jak wewnątrz policyjne znajomości.
- Porozmawiamy. - odpowiedziała krótko, jednak to w jej gestach mężczyzna mógł odnaleźć dalszą część jej wypowiedzi. Bez ostrzeżenia zmniejszyła między nimi dystans aby dość bezczelnie pstryknąć palcami w połyskującą przy męskim pasku legitymację policyjną.
- Ale w drodze do miasteczka. Bo skoro któryś z policjantów ma mnie podwieźć, to proszę o to Pana. Chyba, że odmawia mi Pan pomocy. - nie chciała zabrzmieć roszczeniowo, jednak sprzeciw mężczyzny obudził w niej chowaną gdzieś na dnie jej osobowości żądzę dominacji. Wszystko musiało być tak jak sobie wcześniej założyła. Zawsze.
Cofając się nie spuściła wzroku z ledwie dostrzegalnych w zmroku tęczówek mężczyzny. Emanowały one tak niepokojąco negatywną energią, która na swój własny przedziwny sposób była budziła w kobiecie fascynację. Odwróciła się do mężczyzny tyłem jakby dając mu czas na przemyślenia dotyczące ewentualnej podwózki. Sama natomiast ponownie skupiła się na pracy funkcjonariuszy, którzy lawirowali gdzieś między policyjnymi samochodami; jedni z nich poddawali analizie całe zdarzenie, inni skupiali się na dokładnym sfotografowaniu miejsca wypadku a jeszcze kolejni informowali podróżujących o ewentualnych objazdach, próbując przy tym pozbawić ich widoku na feralne miejsce. Przez chwilę kobieta zastanowiła się jak bardzo prawdopodobne mogło być to, że od śmierci męża towarzyszy jej jakaś dziwna forma bądź jakiś byt, który o swojej obecności daje znak w postaci tak tragicznych wypadków. Czy możliwe jest aby istniało coś takiego jak urok czy to tylko jej psychika zaczynała płatać figle i wmawiać sobie jakieś dziwne zainteresowanie świata nadprzyrodzonego jej osobą. I czy w ogóle było coś takiego jak ten pieprzony świat nadprzyrodzony.
Rzuciła przez ramię spojrzenie na mężczyznę jakby oczekując od niego ostatecznej decyzji. Skłonna była podnieść jeszcze kilka argumentów świadczących o tym, że jej bezpieczne odwiezienie do domu będzie w przyszłości pozytywnie owocowało w jego życiu, jednak nie zdążyła nawet otworzyć ust gdy panujące między nimi milczenie przerwał dźwięk telefonu. Wyciągnęła z kieszeni natarczywie dzwoniącą komórkę, na której ekranie pojawiło się zdjęcie ojca. Antonie westchnęła tylko i rozłączyła przychodzące połączenie nie mając w tej chwili siły aby tłumaczyć ojcu wszystko to, do czego doszło w drodze do Monterey. Wsunąwszy z powrotem telefon do wnętrza kieszeni postanowiła ponownie poświęcić kilka chwil na rozmowę z doktorem. Nie sprawiał on wrażenia osoby, która zmieniła zdanie i zaczęła znacznie pozytywniej myśleć o zabawie w szofera.
- Przemyślał Pan moją propozycję?

huxley beresford
matgaba#4187

Psycholog policyjny, znawca okultyzmu, MPD, SJSU
Awatar użytkownika
about me
But brother, my demons keep on haunting me...
175 cm
35 y/o
wydra za napisanie karty
Cytuj

Post ()

Beresford odsunął się stanowczo w bok, zwiększając dystans pomiędzy kobietą, a jego plakietką. Z trudem powstrzymał ochotę schowania dłoni do kieszeni spodni, choć z większym wysiłkiem przytrzymał na wodzy odruch strzelenia płaskiego we wścibską rękę de Poesy, co sprawiło, że w środku żołądka zawrzało z nerwów. Huxley poczuł wspinający się po karku dreszcz, stające włoski i gęsią skórkę na przedramionach.
Co za bezczelna baba. Nie kobieta — baba. Baba Jaga.
Nachmurzył czoło i zacisnął mocno usta.
Nie musiałem — zaczął szorstko — bo nie jestem policjantem. To nie leży w moich kompetencjach. — Wdarł się w walkę na spojrzenia z nieznajomą, którą, jak nikogo od dawna, pragnął porzucić na rozdrożu i kazać znikać w te pędy. Potencjalnie kobieta nie zrobiła mu nic złego, ale sposób, w jaki się obnosiła, co sobą reprezentowała... to nie była reakcja na stres. Ona po prostu taka była. Oczami wyobraźni widział ją jako głośną, denerwującą, upartą i nieznoszącą kompromisów kobietę z wybujałym ego.
I wtedy odezwało się sumienie.
Jesteś w pracy, Huxley'u Beresford. Jesteś profesjonalistą.
Beresford potarł brodę w nawyku głębokich refleksji. Ile było zalet, a ile wad takiego zestawienia? Wsunął dłoń do przedniej kieszeni spodni i napotkał klucze do volvo. Samochód stał jakieś sześćdziesiąt metrów stąd, mógł po prostu odwrócić się na pięcie, powiedzieć Smith, że nic więcej nie wskóra i wrócić do siebie. Tak. To najbardziej optymalne rozwiązanie.
Wyciągnął pilota.
Wystarczy samemu wsiąść do samochodu.
Machnął ręką od niechcenia.
Niech stracę. — Odwrócił się na pięcie i powędrował w kierunku barierek ze skupiskiem reporterów lokalnej prasy. — Pójdziemy zboczem, aby ominąć dziennikarzy. Tylko szybko — rzucił za siebie, nie czekając na kobietę w szpilkach. Na nierównej drodze zapewne będą wyłącznie problemem.

Antonine de Poesy
Pick one

religioznawca, Uniwersytet w San Diego
Awatar użytkownika
about me
Z religią i bez niej dobrzy ludzie zachowują się dobrze, a źli – źle; ale żeby dobry człowiek czynił zło – do tego potrzeba religii.
165 cm
31 y/o
wydra za napisanie karty ash - the loveable one
Cytuj

Post ()

Zgoda mężczyzny na jej osobistą fanaberię nie sprawiła jej takiej radości jakiej się spodziewała. Niechęć doktora i jego postawa nie zachęcały do bliższej znajomości, chociaż taką powinna nawiązać z nim de Poesy w najbliższym czasie. Czuła, że ich przyszła współpraca może być pełna wichrów i piorunów, jednak nie z tak trudnymi osobowościami musiała współpracować kobieta.
Gdy Beresford bez uprzedzenia rzucił się w stronę swojego samochodu, w pierwszej chwili przez myśl przebiegło jej aby go zatrzymać. Zobowiązana była przecież zawiadomić policję o oddaleniu się z miejsca wypadku. Zanim jednak podjęła jakąkolwiek próbę zwrócenia na siebie uwagi, pani Smith wykonała w jej kierunku porozumiewawczy gest zezwalający jej na podróż do Monterey. Stąd też aby dogonić mężczyznę, Antonine puściła się za nim pędem już po chwili dorównując mu kroku. Biedaczek, nie wiedział, że bieg w szpilkach mógłby był odrębną dyscypliną sportową to de Poesy zajmowałaby na Olimpiadzie zawsze pierwsze miejsce. - Muszę zabrać walizkę z samochodu. - ponownie nie pytała a informowała go o zmianie planów. Podejrzewała, że nie był w stanie pożyczyć jej podstawowych rzeczy oraz ubrań, stąd zboczenie z drogi w celu udania się po jej rzeczy osobiste wydawało się być czymś oczywistym.
Gdy stanęła na samym skraju zbocza poczuła, że jej obuwie nie było stanowczo przystosowane do tej wyprawy. Może i mężczyzna nie wybrał celowo tej drogi, jednak coś w środku kazało jej spiorunować go spojrzeniem i udusić w myślach w najbardziej okrutny sposób. - Uroczy z pana człowiek. - skomentowała cicho, nie wierząc nawet, że jej słowa mogą zostać uchwycone przez męskie ucho. Odważnie zsunęła ze stóp swoje szpilki i nie bojąc się konfrontacji i dotyku mężczyzny, chwyciła się jego ramienia aby nieco się wspomóc. Musiał jej pomóc, albo tak przynajmniej się jej wydawało. Potknąwszy się o jakiś wystający korzeń, zaklęła pod nosem. Modliła się o to aby nie poranić nagich stóp i bez szwanku dotrzeć do samochodu. Ostatnie metry zbiegła ze zbocza, puszczając męskie ramie. Jakby nie mając nic do stracenia, zupełnie ignorując zranioną stopę, lekko niczym tancerka baletowa zameldowała się u podnóży zbocza po czym odwróciła w stronę schodzącego z niego mężczyzny. Gdyby nie zmrok mógłby dostrzec na jej twarzy delikatny uśmiech, bardziej triumfalny niż przyjazny. Ona zaczekała na swojego towarzysza zanim podjęła dalszą część drogi. Bez problemu odnalazła swoje auto, z którego wnętrza wyciągnęła jedną, niezbyt dużą walizkę. Przez myśl jej nie przeszło aby poprosić mężczyznę o pomoc w przetransportowaniu jej do męskiego auta; nie pozwalała jej na to duma. - Chce Pan faktycznie mnie posłuchać czy pozbyć się na najbliższym rozdrożu? - mocując się z walizką, podjęła niewinną próbę nawiązania jakiegokolwiek kontaktu. Jego nieświadomość tego, że już niedługo ta upierdliwa blondynka stanie się stałą jego zawodowego życia nieco bawiły samą zainteresowaną. Mogła toczyć z nim tej nocy swoją własną grę, opowiadać największe bzdury aby jutro swoim pojawieniem się w jego biurze zburzyć dotychczasową wizję jej osoby. - Muszę tylko uprzedzić, że nie łatwo jest się mnie pozbyć.

huxley beresford
matgaba#4187

Psycholog policyjny, znawca okultyzmu, MPD, SJSU
Awatar użytkownika
about me
But brother, my demons keep on haunting me...
175 cm
35 y/o
wydra za napisanie karty
Cytuj

Post ()

Od momentu, w którym złapała go za ramię bez ostrzeżenia, Huxley trzymał się przepisowego dystansu półtora do dwóch metrów. Jego sfera intymna została zaatakowana przez bestialsko wypindrzone paznokcie, obce perfumy i stanowczy — jak na tak drobną kobietę — uścisk. Od tego się zaczyna — od gry pozorów i udawania, że nie jest się tym, kim w rzeczywistości opisało życie. Beresford nie zamierzał zmienić przesadnej ostrożności na sympatię zgromadzenia. Nie potrzebował pochwał obcych, a zdanie Antoniny de Poesy miał głęboko w poważaniu.
Dotknęła bez pytania? Równie dobrze mogła tę rękę stracić. Strome zbocze jednak odbiło mu się czkawką. Powinien był to przewidzieć.
Powinienem to przewidzieć, pomyślał z przekąsem. Otrzepał rękawy z niewidocznego kurzu i uczucia obcych palców. Powinienem był.
Nawet nie zerknął w boku, gdy zadała pytanie. Wywrócił teatralnie oczami, wcale nie dziękując, że dookoła było praktycznie ciemno, jak w jaskini, a jedynym źródłem światła pozostawały snopy reflektorów samochodowych oraz wściekły tłum dziennikarzy z jarzeniówkami na kijkach. Ich również nie szło łatwo się pozbyć, a jak dotąd Beresford dawał sobie świetnie radę w pojedynkę. Bez upierdliwej baby.
To samo mówiono o dżumie — podsumował — a potem wynaleziono antybiotyki.
Odwrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i bez słowa wskazał ruchem głowy na niewielkie wzniesienie usłane podziurawionym asfaltem. Czarne volvo stało skryte za wysokim znacznikiem drogi, tuż przy tablicy informacyjnej o czterech milach do Monterey nadmorską drogą pełną serpentyn wśród klifów i na zboczach. Pomyślał, że to wcale nie tak daleko i pani wielka feministka mogłaby sobie poradzić przez te cztery mile, ciągnąc walizkę w trybie single player.
Gdzie mam panią dowieźć? — zapytał, gdy znaleźli się na prostej drodze. — Hotel? Dworzec? Przystań? — Huxley użył pilota i volvo trąbnęło krótko, rozświetlając okolicę w dwóch krótkich pomarańczowych sygnałach. Środkowym przyciskiem uruchomił bagażnik. Podszedł do samochodu i podniósł wyżej klapę. W środku znajdowała się niewielka torba sportowa, rakieta sportowa w skórzanym pokrowcu i niewielka zgrzewka wody. Przesunął się w bok, robiąc miejsce dla de Poesy, targającej samodzielnie bagaż. Omiótł ją wzrokiem od góry do dołu... i wtedy spostrzegł, że stąpa boso po asfalcie. Zajrzał do bagażnika i bez słowa otworzył małą ścianę po lewej. Wyciągnął ze środka małą, czerwoną poduszeczkę z czarnym zamkiem na krawędzi. Zamknął klapę i wręczył de Poesy równie szybko, co wsiadł do samochodu. W ciszy i bez słowa. Apteczka.
Upierdliwa kobieta... z poharatanymi stopami, ale nadal kobieta.

Antonine de Poesy
Pick one

religioznawca, Uniwersytet w San Diego
Awatar użytkownika
about me
Z religią i bez niej dobrzy ludzie zachowują się dobrze, a źli – źle; ale żeby dobry człowiek czynił zło – do tego potrzeba religii.
165 cm
31 y/o
wydra za napisanie karty ash - the loveable one
Cytuj

Post ()

Żart o dżumie niezwykle ją rozbawił. Może nie siała aż takiego spustoszenia jak ta choroba, jednak w spostrzeżeniu mężczyzny było trochę prawdy. Dlatego też nie krępowała się w swojej rekcji na męskie słowa, które skwitowała donośnym, szczerym śmiechem. Beresford nawet kiedy nie chciał okazywał się być naprawdę zabawnym gościem. Ewentualnie była to jedynie reakcja obronna organizmu na cało wydarzenie, którego świadkiem była dzisiejszej nocy Antonine; kiedy puściły jej nerwy po prostu ulokowała swoje emocje w dość niepoprawnej formie ich uzewnętrzniania, biorąc pod uwagę okoliczności. Nawet walizka wydawała się być dużo lżejsza po tym nieświadomym żarcie mężczyzny. Zapewne ten nie miał bladego pojęcia jak za jego sprawą nastawienie de Poesy do ich dalszej współpracy się zmieniło. Wiedziała bowiem, że pomimo wszelkich przeciwności znajdą także sposób na rozładowanie emocji.
- Hotel. - odpowiedziała krótko wierząc, że nie będzie musiała doprecyzować swojej wypowiedzi. Nie sądziła aby w miasteczku był więcej niż jeden budynek tego typu a nawet jeśli, to wierzyła w dobre intencje mężczyzny i fakt, że zawiezie ją wprost pod drzwi tego najlepszego. Chociaż niewiele w jego zachowania wskazywało na takie intencje.
Po wrzuceniu do bagażnika swojej walizki, nieco zdziwiona odebrała od mężczyzny niewielkich rozmiarów apteczkę. Widać jeszcze nie zezwierzęciał do końca i potrafił wyłuskać z siebie jakiekolwiek współczucie. Może i jej stopa nie potrzebowała natychmiastowego opatrzenia, jednak zawsze dobrze było już na samym początku uporać się z raną. Zupełnie nie potrzebowała znaleźć się tuż o poranku w miejscowej izbie przyjęć szpitala. Nie przybyła do miasteczka po to aby świadomie bądź nie zsyłać na siebie wszelkie nieprzyjemności. Miała do załatwienia o wiele ważniejsze sprawy niż pobyt w szpitalu.
Stopę opatrzyła pobieżnie siedząc na miejscu pasażera, z tyłu samochodu. Nie domagała się nawet zajęcia miejsca tuż obok kierowcy; przecież widziała jaki problem ma z jej obecnością mężczyzna. Mogła zaobserwować to tuż po tym jak złapała go za ramię w celu samopomocy. Starając się nie ubrudzić za mocno wnętrza samochodu, w milczeniu zabawiała się w pielęgniarkę od czasu do czasu tylko zerkając na słabo oświetloną jezdnię. Po skończeniu zabiegu, który trwał aż pod sam hotel, odłożyła apteczkę na siedzenie obok siebie chcąc jak najszybciej wydostać się z samochodu i przestać być balastem dla doktora. - Dziękuję za pomoc. - rzuciła na odchodne po czym wydostała się z auta. Tuż po tym jak wyjęła walizkę z bagażnika, postanowiła jeszcze nie rezygnować ze spotkania. Zastukawszy w szybę po stronie kierowcy, skłoniła mężczyznę do uchylenia okna. - I życzę aby poszło Panu ze mną dużo szybciej niż naukowcom z antybiotykiem na dżumę. - uśmiechnęła się tajemniczo po czym ruszyła w stronę frontowych drzwi.


ZT x2.
huxley beresford
matgaba#4187

korektorka, Monterey Herald
Awatar użytkownika
about me
poprawia błędy w książkach, a poza tym jest zakochana po uszy w Lestrze, który jest okropnym pracoholikiem
167 cm
27 y/o
wydra za napisanie karty nagroda - i found my moving buddy 6 month feast - here's to us! 6 month feast - living legends - ania 6 month feast - it runs in the family - monaghan bean - the graphic master dipsy - the relationship guru stevo - the multiholic queenie - the social butterfly skittles - the rainbow freak paige - the typewriter william sealspeare - wyróżnienie aktywności lipiec 2021 ernest hemingwhale - wyróżnienie aktywności sierpień 2021 flounder dostojewski - wyróżnienie aktywności wrzesień 2021 jane austeel - wyróżnienie aktywności październik 2021 how to catch a catfish we're nothing more than friends pinky promise moving day poison ivy master chef kitchen-bound greening pains black like my soul around the world 4 chord songs pet me it's leviOsa not levioSA somebody that i used to know titanic scream and shout no hope, no love, no glory let's get it on keep this love in the photograph i'll be there for you friendly chats drunken sailor don't go breaking my heart coachella vibes blow out the candles after all this time? always heart to heart monterey fall fair monterey fall fair - make it rain monterey fall fair - let's candle it costumery - i am groot teenage dream reveal - time turner teenage dream reveal - angus, thongs and perfect snogging secret santa - man with the bag let it snow
Cytuj

Post ()


Szczęśliwie dla Lainey wszystkie rany, jakie zagwarantowała sobie podczas szarpaniny z Indianą, zniknęły. Jej noga także nie bolała już aż tak, więc przestała poruszać się niczym pirat. Niestety jednak, tym sposobem, straciła idealną wymówkę ku temu, by zniechęcić ojca do organizowania podobnych rzeczy. Prawie doceniała, że chciał poznać Lestrange’a bliżej, ale niestety doskonale wiedziała, że nie będzie to takie kolorowe i ładne, jakby się mogło wydawać. Nigdy nie ukrywał tego, że za nim nie przepadał, a wieść, że zaczęli się spotykać, dość mocno ich skłóciła przecież. Później myślał, że Lestrange w wolnej chwili robi z Lainey worek treningowy. Istniało więc spore prawdopodobieństwo, że nie wrócą w tym samym składzie do domu. Lainey zabije ojca albo siebie, obie te opcje brała pod uwagę, gdy się pakowała.
Biwak był pomysłem co najmniej szalonym. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę i prawdopodobnie niejednokrotnie Lestrange też podobne wnioski sformułował. Nie był przecież osobą, która swoje podejście do czegokolwiek ukrywa. Starała się jednak udawać, że naprawdę miało to szansę zadziałać. Wzięła wystarczająco dużo alkoholu — mocniejszego, niż wino — by sobie nawet to zagwarantować w razie czego. Kiedy zatrzymali się na miejscu, tuż za samochodem Andrew, to odwróciła się w stronę Lestra.
— Jak coś to nie musisz się szczególnie powstrzymywać, jak przesadzi. Masz moje błogosławieństwo, by mówić co uważasz. A jak wrócimy to ci jakoś wynagrodzę to wszystko — dała mu słowo, a potem jeszcze pocałowała go szybko, zanim wyszła z samochodu. Nie zamierzała go namawiać na to, by udawał ugrzecznionego i w pełni pokornego. Miał poznać jej prawdziwego faceta i jeśli takiej wersji nie polubi to był zwyczajnie głupi. Nie było się co oszukiwać niestety. — To od czego mam zacząć? — zapytała ojca, gdy wyszła z samochodu. Miała nadzieję, że przydzieli jej jakiekolwiek inne zajęcie, niż rozkładanie namiotu. Mogłaby na przykład popatrzeć jak sami to robią, bo nie była w tym szczególnie dobra.
— I jakie mamy plany na wyjazd? — zapytała. Ona wiedziała, że ma w planach się upić bardzo porządnie. Nie była oczywiście samolubna, więc zamierzała ich też w to wmieszać. Pod warunkiem, że cały ten biwak nie doprowadzi jej do szału w ciągu kolejnej godziny już. Wtedy będzie musiała się zastanowić, z kim chciała się alkoholem dzielić.

Lestrange R. Langley
Andrew Monaghan

szef kuchni, montrio bistro
Awatar użytkownika
about me
Zakochany w Lainey pracoholik, który zdecydowanie za dużo czasu spędza w kuchni.
185 cm
28 y/o
wydra za napisanie karty nagroda - i found my moving buddy 6 month feast - here's to us! 6 month feast - living legends - patka 6 month feast - staying alive - patka 6 month feast - remember the name - patka bean - the graphic master bobby - the goof ciri - the imaginative creator stevo - the multiholic (2x) queenie - the social butterfly marty - the originator calvin - the sentimental one pearl - the ghostwriter skittles - the rainbow freak ernest hemingwhale - wyróżnienie aktywności sierpień 2021 flounder dostojewski - wyróżnienie aktywności wrzesień 2021 jane austeel - wyróżnienie aktywności październik 2021 after all this time? always pet me pinky promise i'm here for the drama moving day poison ivy master chef kitchen-bound greening pains black like my soul around the world 4 chord songs tooth and claw it's leviOsa not levioSA blow out the candles we're nothing more than friends somebody that i used to know scream and shout no hope, no love, no glory let's get it on keep this love in the photograph i'll be there for you friendly chats drunken sailor don't go breaking my heart coachella vibes heart to heart monterey fall fair monterey fall fair - make it rain monterey fall fair - let's candle it costumery - i'll get that arm teenage dream reveal - time turner teenage dream reveal - angus, thongs and perfect snogging secret santa - man with the bag it’s the most wine-derful time of the year
Cytuj

Post ()

16

Nie było żadną tajemnicą dla Lainey, że Lestrange nie był promienną księżniczką ani wesołym słoneczkiem na wieść o tym wyjeździe. Nie do końca taka szkoła przetrwania mu się podobała na start. Co prawda wiedział, że i tak czeka go spotkanie z panem burmistrzem wcale nie dlatego, że zalega mu z podatkami (tylko dlatego, że SZPACHLUJE mu córkę, hehehehe, przepraszam, musiałam). Nie był też akurat w tej kwestii przesadnie księżniczką, bo wyprawy do lasu czy zabijanie pająków go specjalnie nie przerażało. Jednak zdecydowanie wolałby bardziej ograniczone czasowo spotkanie, a nie wyjazd pod namiot tak od razu. Wiedział jednak też, że nie ma sensu się z tym sprzeczać, bo skoro pan Monaghan wyszedł z inicjatywą, to jednak przecież bezczelnie by było taką propozycję odrzucić. A on jednak nie chciał, aby ojciec kobiety, w której był po uszy zakochany, go nienawidził tak zupełnie. Lestrange miał wątpliwości, czy jakoś będzie go uwielbiał, bo jednak zdawał sobie sprawę, że ulubieńcem rodziców to on nie był, ale miło by było, gdyby za każdym razem nie musiałby się obawiać, czy Andrzej myśli o tym, jak odcina mu głowę, gdy kroi indyka na święto dziękczynienia i czy napluł mu do drinka, czy jednak nie.
Nie do końca wiedział, jak na tej wyprawie powinien się zachować. Właściwie to jak na to, ile znali się z Lainey, to stosunkowo mało znał jej ojca, tak właściwie. No i jednak podejrzewał, że akurat on mógł być człowiekiem, który uważał go za nędzny dodatek do jego córeczki i Leo, który zdecydowanie porządniejsze wrażenie zawsze sprawiał. No ale tymi obawami jednak się z nią nie dzielił, bo wiedział, że pewnie częściowo są one dyktowane w jego głowie przez abstrakcyjne uprzedzenia i stres. Bo naprawdę się stresował, chociaż oczywiście zgrywał twardziela, jakże inaczej.
Trochę się postaram, ale niczego nie obiecuję — nie zamierzał oszukiwać, że będzie aniołkiem, bo jednak znał siebie na tyle, aby wiedzieć, że jednak był dość emocjonalnym człowiekiem i jak ktoś go wkurwił, to jednak miał trochę gdzieś, czy wkurzał go kolega z roboty, czy ojciec jego dziewczyny. No trudno się mówi, nie będzie mu jednak przecież pozwalać sobą pomiatać. — Ale obiecuję, że w razie potrzeby zabiję wszystkie pająki i robaki dla Ciebie, żebyś mogła spać spokojnie — tak, to mógł jej zagwarantować akurat. Dlatego obietnicę złożył i pocałunek jej szybki nieco przeciągnął, wcale nie przejmując się Andrzejem stojącym na zewnątrz, i dopiero wtedy gotowy był, aby z nią wysiąść i z teściem przyszłym się przywitać. Na razie grzecznie, dłoń mu uścisnął po męsku i te sprawy.
Tutaj będziemy biwakować? — zapytał jeszcze, nim Lainey odpowiedzi uzyskała, starając się brzmieć przy tym neutralnie. Nie wiedział, czy wyciągać rzeczy z auta i namioty będą rozbijać, czy co, więc wolał jednak dopytać, zanim Andrzej powie, że on sobie wymarzył miejscówkę nad potokiem. Chociaż ta akurat była jego zdaniem całkiem ok.

lainey monaghan
Andrew Monaghan

burmistrz, Monterey
Awatar użytkownika
about me
stara się naprawić relacje ze swoimi dziećmi i sprawić by Louie nie kopnęła go w dupę za jego piękne fikołki
178 cm
53 y/o
wydra za napisanie karty 6 month feast - here's to us! 6 month feast - living legends - ada 6 month feast - it runs in the family - monaghan bobby - the goof stevo - the multiholic queenie - the social butterfly marty - the originator calvin - the sentimental one ernest hemingwhale - wyróżnienie aktywności sierpień 2021 flounder dostojewski - wyróżnienie aktywności wrzesień 2021 how to catch a catfish pontoons and swimmers titanic friendly chats let's get it on scream and shout blood, sweat and tears around the world ikea is my second home slip and fall a hard day's night heart to heart santa claus village don't get your tinsel in a tangle i want my house to be seen from space secret santa - man with the bag everything looks better with snow on it
Cytuj

Post ()

Czy był na to gotowy? Oczywiście, że nie i trudno było mu się przyznać, że prawdopodobnie nigdy nie będzie gotowy na to, by powierzyć swojego ulubionego dzieciaka w ręcę obcego chłopa. Poznanie go miało być krokiem pierwszym, aby spróbować go chociaż trochę mnie nie lubić. Co prawda, dotychczas nie miał nawet powodów, aby Lestra nienawidzić (chociaż szpachlowanie jego córki było mocnym argumentem), ale robił to już chyba dla zasady. Ok, trochę się obawiał, że trudno będzie mu jeszcze polubić jakiegoś typa, tak jak lubił Leo, ale skoro Lainey się zakochała, to wmawiał sobie, że powinien w jej osąd chociaż troszkę uwierzyć.
Biwak wydawał się być ekstra pomysłem, chociaż im bliżej miejsca wycieczki byli, tym bardziej się zastanawiał, jak on wpadł na ten jakże genialny pomysł i czemu jakiś głos rozsądku go nie powstrzymał? Zabierał Lainey na biwaki i ryby, gdy była jeszcze dzieckiem i sam zapewne nadal wyruszał na jakieś wyprawy z Neville, Fitzem i Lancelotem, ale cholerka, czy namiot z nowym facetem Lainey to był na pewno dobry pomysł?
Wysiadł pierwszy ze swojego auta i widząc, że Lainey postanowiła się jeszcze migdalić ze swym lubym, tylko się skrzywił nieznacznie i zabrał się za wyciąganie swojego podróżnego plecaka i skrzynki piwa. Już chciał podejść i w szybę zapukać, ale w końcu ze samochodu wyszli.
- Nie, nie. Musimy się chwilę przeprawić przez las. Niedaleko stąd jest jeziorko, tam się rozbijemy. Łowisz ryby? - liczył, że Lestr ryby faktycznie łowił, bo oznaczałoby to, że znajdą jakiś wspólny język. Jeśli jego jedynymi zainteresowani jest gotowanie (które w wykonaniu Andrew ograniczało się tylko do odgrzewania posiłków) i pukanie jego córki to raczej nie będą mieli o czym gadać. - Lainey, pomóc ci? Nie zabrałaś za dużo rzeczy? - spytał, zarzucając na plecy swój wielki plecak, a w ręce wziął skrzynkę browarku i ruszył przodem, by zaprowadzić ich w miejscu, w którym biwakował kiedyś z córką.

lainey monaghan
Lestrange R. Langley

ODPOWIEDZ