If you're feeling down, here's the remedy
W najnowszym ogłoszeniu przeczytacie o zmianach w administracji oraz rankingu za maj!
Zestaw nowych zadań miesiąca możecie znaleźć pod tym linkiem.
Hasło do konta universal person to monterey.
szef kuchni, montrio bistro
Awatar użytkownika
about me
Zakochany w Lainey pracoholik, który zdecydowanie za dużo czasu spędza w kuchni.
185 cm
28 y/o
wydra za napisanie karty nagroda - i found my moving buddy 6 month feast - here's to us! 6 month feast - living legends - patka 6 month feast - staying alive - patka 6 month feast - remember the name - patka bean - the graphic master bobby - the goof ciri - the imaginative creator stevo - the multiholic (2x) queenie - the social butterfly marty - the originator calvin - the sentimental one pearl - the ghostwriter skittles - the rainbow freak ernest hemingwhale - wyróżnienie aktywności sierpień 2021 flounder dostojewski - wyróżnienie aktywności wrzesień 2021 jane austeel - wyróżnienie aktywności październik 2021 after all this time? always pet me pinky promise i'm here for the drama moving day poison ivy master chef kitchen-bound greening pains black like my soul around the world 4 chord songs tooth and claw it's leviOsa not levioSA blow out the candles we're nothing more than friends somebody that i used to know scream and shout no hope, no love, no glory let's get it on keep this love in the photograph i'll be there for you friendly chats drunken sailor don't go breaking my heart coachella vibes heart to heart monterey fall fair monterey fall fair - make it rain monterey fall fair - let's candle it costumery - i'll get that arm teenage dream reveal - time turner teenage dream reveal - angus, thongs and perfect snogging secret santa - man with the bag it’s the most wine-derful time of the year
Cytuj

Post ()

Jeśli kogoś to interesuje na przykład, to Lestrange też nie miał Andrzeja za debila. Serio, nie uważał go za jakiegoś głupka czy nawet starego dziada. Ogólnie był przecież całkiem w porządku. Nie do końca jednak mu to wszystko pomagało, bo po pierwsze, doskonale wiedział, że nie jest ulubieńcem rodziców. Po drugie doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że Leo jego ulubieńcem był. A po trzecie wiedział też o tym, że Lainey była jego oczkiem w głowie i niekoniecznie było mu na rękę, że z jakimś naburmuszonym i małomównym typem się umawiała. I robiła inne rzeczy, o których zdecydowanie miał nadzieję, że nie będą rozmawiać. Wiedział też o takim drobnym fakcie jak to, że Andrew wpadł na pomysł koszmarny, że to on mógł jego córce krzywdę zrobić, co dość mocno podkopywało jego pewność siebie w tej relacji. Niby sprawa się wyjaśniła, ale jednak sam fakt, że pan Monaghan tak pomyślał, nie napawał go optymizmem.
Zignorował kwestie przyszłości. Przynajmniej tej odległej, bo wypadało skupić się bardziej na rzeczach, które potrzebne były im teraz. Takich jak ognisko, na przykład, skoro namioty były już gotowe.
Okej, zajmę się w takim razie tym, co przyniosłaś i ułożę, a potem zajmiemy się rozpalaniem? — zapytał, początkowo na Lainey patrząc i uśmiechając się do niej ładnie, a potem pytające spojrzenie na Andrzeja przenosząc. No pomóc mu planował, ale nie chciał też przesadnie się rządzić. Chociaż jednak był szefem kuchni, miał w tym sporą wprawę, jak wiadomo. Ale no jednak gdzie mu do burmistrza starować.
Nasze rzeczy są już w namiocie, więc jakbyś czegoś potrzebowała, to mów — oddał jeszcze do Lainey i delikatnie ją po ramieniu potarł swoją dłonią, jakby sprawdzając, czy zimno jej na przykład nie jest. Jak było, to sweter jej przyniesie, a potem ładnie przytuli przy ognisku. Andrzej będzie musiał się obyć bez tulasków, chyba że znajdzie sobie jakiegoś ładnego oposa albo niedźwiedzia do tego. Byle nie węża, one nie były zbyt przytulaśne, wręcz przeciwnie. W temat psa i jej matki się nie wtrącał, ale całe szczęście, że jednak obecnie żyli w słodkiej niewiedzy o tym, że Efra okazała się tchórzliwym kurczakiem, co spierdolił od rodziny, bo jednak mogłoby to jeszcze dodatkowo dość mocno zagęścić atmosferę.

lainey monaghan
Andrew Monaghan

burmistrz, Monterey
Awatar użytkownika
about me
stara się naprawić relacje ze swoimi dziećmi i sprawić by Louie nie kopnęła go w dupę za jego piękne fikołki
178 cm
53 y/o
wydra za napisanie karty 6 month feast - here's to us! 6 month feast - living legends - ada 6 month feast - it runs in the family - monaghan bobby - the goof stevo - the multiholic queenie - the social butterfly marty - the originator calvin - the sentimental one ernest hemingwhale - wyróżnienie aktywności sierpień 2021 flounder dostojewski - wyróżnienie aktywności wrzesień 2021 how to catch a catfish pontoons and swimmers titanic friendly chats let's get it on scream and shout blood, sweat and tears around the world ikea is my second home slip and fall a hard day's night heart to heart santa claus village don't get your tinsel in a tangle i want my house to be seen from space secret santa - man with the bag everything looks better with snow on it
Cytuj

Post ()

Andrew nie chciał już dalej poruszać tematu dzieci i ślubów, zauważając że Lainey stała się trochę jak wściekła osa. Wiadomo, że takich lepiej nie prowokować, a najprościej jest zabić, a że własnej córki nie chciał mordować, to pozostało mu tylko grzecznie przytaknąć. Nie było co ukrywać, że ewidentnie się jej bał, a w dodatku była bardzo mądra. Bardzo często mądrzejsza od samego Andrzeja. Wiadomo, że nie tematu ślubu nie chciał poruszać, bo mimo delikatnej sympatii, którą Lest zdążył wzbudzić w Andrzeju to on wciąż miał swojego ulubionego zięcia i jeszcze nie był nim aktualnych wybranek jego córki. Może tak naprawdę Andrew był oczarowany Leo o wiele bardziej niż główna zainteresowana, która jego żoną miała kiedyś zostać.
- Może ja rozpalę? A ty przygotuj jedzenie? Chyba jesteś w tym dobry. - nie chciał być niemiły czy coś, a po prostu głupio było mu stać bezczynnie, gdy atmosfera była dość napięta, a on miał trochę głupkowaty humor po tych kilku buchach, które wcześniej sobie spalił wraz z Lestrem. No i sam zaczynał być głodny, więc o wiele szybciej będzie, gdy się podzielą męskimi obowiązkami, a Lainey będzie mogła odpocząć po swoich wyprawie do lasu. Andrew wrzucił swój plecak do swojego namiotu, zasunął sobie moskitierę, co by żaden komar go nie denerwował później, a ukradkiem się nawet uśmiechnął pod nosem, jak zauważył, że Lestrange całkiem opiekuńczy był wobec jego córki. Miły widok, ale nie miał zamiaru okazywać mu od razu zbyt wielkich pokładów sympatii, więc miał nadzieję, że nikt tego pochwalnego uśmiechu nie zauważył.
- A piesek? No raczej powinna się zgodzić, jeszcze o tym nie rozmawialiśmy. Ale wiesz jaka jest mama, jakby mogła to zmusiłaby mnie do kóz i kur w ogródku. - bo taka ta Efra szalona była, a Andrew już wiele razy odmawiał jej przeróżnych zwierząt domowych. Teraz jak został w domu sam to trochę mu to ciążyło i coraz częściej myślał o zaopiekowaniu się jakimś miłym stworzeniem. No i czy nie byłby to świetny pr? Zdjęcia burmistrza adoptującego starego pieska ze schroniska na pewno zadziałałby na jego korzyść.

lainey monaghan
Lestrange R. Langley

korektorka, Monterey Herald
Awatar użytkownika
about me
poprawia błędy w książkach, a poza tym jest zakochana po uszy w Lestrze, który jest okropnym pracoholikiem
167 cm
27 y/o
wydra za napisanie karty nagroda - i found my moving buddy 6 month feast - here's to us! 6 month feast - living legends - ania 6 month feast - it runs in the family - monaghan bean - the graphic master dipsy - the relationship guru stevo - the multiholic queenie - the social butterfly skittles - the rainbow freak paige - the typewriter william sealspeare - wyróżnienie aktywności lipiec 2021 ernest hemingwhale - wyróżnienie aktywności sierpień 2021 flounder dostojewski - wyróżnienie aktywności wrzesień 2021 jane austeel - wyróżnienie aktywności październik 2021 how to catch a catfish we're nothing more than friends pinky promise moving day poison ivy master chef kitchen-bound greening pains black like my soul around the world 4 chord songs pet me it's leviOsa not levioSA somebody that i used to know titanic scream and shout no hope, no love, no glory let's get it on keep this love in the photograph i'll be there for you friendly chats drunken sailor don't go breaking my heart coachella vibes blow out the candles after all this time? always heart to heart monterey fall fair monterey fall fair - make it rain monterey fall fair - let's candle it costumery - i am groot teenage dream reveal - time turner teenage dream reveal - angus, thongs and perfect snogging secret santa - man with the bag let it snow
Cytuj

Post ()

Chwilowo na rękę było jej siedzenie jedynie i niewtrącanie się w ich zajęcia. Uśmiechnęła się jedynie do Lestra, gdy poczuła jego rękę na swoim przedramieniu. Bardzo starała się atmosfery nie zagęszczać oczywiście, więc nawet na kilka długich chwil postanowiła sobie zamilknąć. Żałowała, że w środku lasu raczej nie było zasięgu, więc nie mogła sobie zdjęć kotków i piesków pooglądać dla odreagowania na przykład.
— Ja też mogę jakoś pomóc. Pod warunkiem, że nie wyrzucicie mnie znowu do lasu — dodała niby poważnie, ale ostatecznie uśmiechnęła się jednak nawet do Andrew, by nie pomyślał, że zamierzała cały wyjazd traktować go jak wroga. Wprawdzie odrobinę ją zdenerwował niepotrzebnymi pytaniami, ale ostatecznie i tak starał się bardziej, niż myślała, że będzie. Może nawet na koniec mu podziękuje, jeśli zatrzyma się na tym etapie i nie będzie jej niepotrzebnie testował bardziej.
— W sumie tak — przyznała jeszcze, a potem podniosła się, żeby na chwilę w namiocie zniknąć i jednak odgrzebać jakąś bluzę, którą mogła sobie na ramiona narzucić. Dla Lestra też coś przyniosła, żeby nie musiał potem sam się tym przejmować. Podała mu ją nawet, pomogła z jakąś drobnostką przy tym ognisku, bo na pewno coś takiego jeszcze znaleźli, a potem wreszcie mogli usiąść i nawet alkoholu się napić. Śpiewów przy gitarze pewnie nie było (a szkoda, bo Lestrange potrafi grać, co nie), a potem poszli grzecznie spać, żeby kolejnego dnia rozpocząć jeszcze jeden dzień biwaku. Który na pewno im przebiegł w całkiem przyzwoitej atmosferze, skoro zarówno Andrew, jak i Lestrange żyją sobie wesoło po dziś dzień. A to jednak dość ważne, warto podkreślić, bo każdy się bał tutaj, ze Lainey będzie musiała jakieś zwłoki zakopywać. A nie musiała, bo jest super porządna. Piękny jest to post, kończący piękną gierkę, buziaczki dla was.

Lestrange R. Langley
Andrea Mackenzie

koniec!

Marzyłem o byciu muzykiem, a skończyłem w psychiatryku...
Awatar użytkownika
about me
Without repulsion you accepted me. Without you I am nothing. After the dawn, two of us we welcomed the morning together. Don't let go of my hand forever and I won't let go of yours either.
174 cm
19 y/o
wydra za napisanie karty 6 month feast - here's to us! 6 month feast - you're my only one
Cytuj

Post ()

Minęło już trochę czasu odkąd trafiłem do zakładu psychiatrycznego. Powoli zaczynało mi się poprawiać... głównie za sprawą kilku osób. Nabrałem większych chęci do życia i zaczynałem być przekonany, że jak tak dalej pójdzie, z pewnością stanę szybciej na nogi, niż mi się wcześniej wydawało. Nawet moi rodzice wyłapali we mnie te drobne zmiany, z których nadzwyczaj się cieszyli. Widząc ich niesamowicie promienne twarze od razu mnie samemu robiło się cieplej na sercu. Nie zawiodłem ich; mogli być dumni z moich postępów i tego, że udało mi się bardziej otworzyć na ludzi. Przy okazji zyskałem parę dobrych duszyczek, które mnie nie skreśliły tak jak zrobiła to znaczna większość ludzi. Wręcz przeciwnie, znajomości te miały zadatki na coś poważniejszego. Wyraźnie mnie to ożywiło, w końcu być może będę miał kilku przyjaciół, a nawet chłopaka, w którym się też zakochałem na zabój. Zaczynałem rozumieć, co się ze mną dzieje, choć chwilowo... mało komu powiedziałem o moim nowym zauroczeniu. Jedynie coś tam napomknąłem dwóm osobom. Tylko dlatego, że samoistnie wyszło to w rozmowie i nie chciałem ich okłamywać. Planowałem również przyznać się w najbliższym czasie do tego mamie i tacie, ale na razie... jeszcze nie miałem odwagi na tak spory krok. Dopiero gdy będę miał większą pewność — wtedy ich o tym uświadomię. Wolałem nie peszyć... i może lepiej zrobiłem. Teoretycznie nic nie wskazywało na to, by miało się coś popsuć, przez co mój stan psychiczny miałby się pogorszyć... Pozornie. Do tego jednak zaraz wrócę.
Piątek późnym wieczorem. Siedziałem w pokoju z Raphaelem i jak zwykle rozmawialiśmy ze sobą przez większość czasu. On był na łóżku obok, a ja na swoim. Nagle mnie coś naszło i postanowiłem się do niego przybliżyć jeszcze bardziej... nie wiem, co mnie do tego w ogóle podkusiło, ale dłużej nie mogłem wytrzymać. Spytałem czy nie będzie miał nic przeciwko jak znów się do niego przytulę. Wczoraj zrobiłem to po raz pierwszy, aczkolwiek wtedy zasnęliśmy wtuleni w siebie i nic ponadto. Tym razem miało być inaczej... Wyznałem mu w końcu, że... go kocham i pragnę, byśmy byli dla siebie kimś więcej. Następnie dość niepewnie zaproponowałem mu całusa w usta, ponieważ od dawna miałem ochotę to zrobić i mnie niemożebnie kusiło. Uświadomiłem go natychmiast, że nigdy się z nikim nie całowałem ani nic z tych rzeczy, i dlatego... nie chciałem wyjść przy tym beznadziejnie i jeśli coś będzie nie tak, niech się ze mnie nie śmieje, bo wciąż miałem tak wiele braków... On się uśmiechnął na moją uroczą nieporadność i przekonał mnie, bym się nie przejmował. Chciał mnie we wszystkim odpowiednio poprowadzić. To była… magiczna chwila. Odkąd musnąłem go delikatnie, acz nieśmiało wargami w jego wargi kompletnie zapomniałem o bożym świecie. Było mi tak błogo i przyjemnie... Czułem, że się starał i nie chciał mnie spłoszyć. Powoli to on pogłębił nasz pierwszy i jakże przepełniony zmysłowością pocałunek. Od czułego przeobraził się w coś konkretniejszego i namiętniejszego. Niespodziewanie dobrał się do mojej koszulki i wsunął pod nią chłodne dłonie, dotykając mojego nagiego lekko wyrzeźbionego torsu. Początkowo wzdrygnąłem się, gdyż było to dla mnie coś całkowicie nowego, jak dotąd nieznanego. Zagaiłem doń zdziwiony co on wyprawia, a on mnie uciszył i zaczął zachęcać, że nie robi mi krzywdy, a to coś co z pewnością mi się spodoba i mnie podnieci. Prędko się w tym upewniłem gdy tak wodził rękoma po mojej alabastrowej skórze i ją łagodnie gładził... Moje ciało przeszyła fala gorąca, a cała moja twarz nabrała wyrazistych czerwonych kolorów. Pozwoliłem mu pozbyć się do końca zbędnej górnej części garderoby, niemniej... coś mnie zmroziło i średnio sobie radziłem z kolejnymi ruchami. Nakłaniał mnie, bym teraz ja zajął się jego ubraniem, lecz ani drgnąłem. Przestraszyłem się, że zaraz mnie za to skarci, albo się obrazi... na szczęście nie odrzuciła go moja nieśmiałość. Sam zatem się rozebrał, chwytając ostrożnie obie moje dłonie i nakierował je na siebie, bym się nie bał i zobaczył jaką rozkosz mogę czerpać z dotyku. To mi odrobinę pomogło nabrać jako takiej śmiałości, ale nie byłem w stanie na nic mocniejszego poza zaciśnięciem palców na środku jego brzucha i obdarowywania go kolejnymi pocałunkami. Kazał mi się odprężyć i wygodnie ułożyć. Ponadto usłyszałem w wulgarny sposób, że ma ochotę mnie zerżnąć... Tak był na mnie napalony, a ja zwyczajnie spanikowałem. Może to przez to, iż nie byłem przyzwyczajony do takich odzywek... Kiedy usiłował dobrać się do mojego rozporka, momentalnie go zatrzymałem... Przygryzłem dolną wargę i spojrzałem na niego przepraszająco. Nie byłem na to gotowy... coś mnie ewidentnie blokowało. Wydawał się to rozumieć i mnie nie ponaglał. Obiecałem mu, że jak poczuję się na siłach, dam mu znać. Póki co mogłem mu ofiarować same drobne pieszczoty. Chciałem posunąć się dalej... ale jakoś nie potrafiłem. Odpuścił i w końcu przygarnął mnie stanowczo do siebie i zamknął szczelnie w swych silnych ramionach. Ostatni raz zatopiłem usta w tych należących do niego i zwyczajnie... odpłynąłem, nie pamiętam już dokładnie, w którym momencie to nastąpiło.
Sobota. Wczesna pora. Moje ramię leżało bezwładnie na części należącej do Raphaela. Jakieś dziwne dźwięki dochodzące z zewnątrz wyrwały mnie ze snu. Rozejrzałem się nerwowo po otoczeniu prędko orientując się, iż chłopak jest nieobecny, a ja byłem zupełnie sam. Pierw panicznie zrzuciłem z siebie kołdrę, którą byłem opatulony z każdej możliwej strony. Pierwszym co rzuciło mi się w oczy była jakaś niebieska koperta z moim imieniem. Drżącymi rękoma otworzyłem ją i wyciągnąłem zawarty w niej list. Czytając go... świat mi się zawalił niczym domek z kart. Na nowo... odechciało mi się żyć. Dowiedziałem się, że Raphael popełnił samobójstwo. Łzy napłynęły mi do oczu, a otoczenie coraz gorzej mi się rozmazywało przez nasilony atak przezroczystych kropel, które mimowolnie poczęły skapywać ciurkiem po moich policzkach. Ledwo cokolwiek czytałem, a ten fragment uderzył we mnie najmocniej, przeszywając me serce na wskroś niczym ostre sztylety i rozerwało je na miliony drobnych kawałków…

[…] To była moja własna decyzja i nie chcę, byś siebie obwiniał za moją śmierć. Proszę, nie rób tego samego... jeśli mnie rzeczywiście kochałeś, nie podążaj za mną. Byłem zepsuty i mogłem źle na Ciebie wpływać, a nie chciałem tego... wczoraj bałem się, że Cię dokumentnie skażę i zniszczę. Kurwa, nie zasługuję na tak wspaniałego chłopaka jakim jesteś Ty. Dla mnie nie było już ratunku, dlatego musiałem to zrobić dla Twojego i innych dobra. Moje demony mnie pokonały. Było parę rzeczy, o których nie miałeś pojęcia, więc Ci je wyjawię.
[…]
Wiedząc o tym z pewnością byś uciekał ode mnie z krzykiem. A ja nie mógłbym Cię zapewnić, że nie stracę nad sobą kontroli i Cię w jakiś sposób nie zranię. Już i tak namówiłem Cię zbyt wiele razy do złego... błagam, nie popadnij w alkoholizm, papierosy ani inne używki. Wiem, że Cię do tego sam ostatnio zachęcałem, ale to było idiotyczne. Będzie Ci lepiej beze mnie. Przepraszam, że Cię zawiodłem. Byłeś dla mnie wszystkim, moją jedyną i pierwszą miłością. Najdroższym skarbem. Głównie dla Ciebie próbowałem być lepszy, ale mi nie wyszło... Żegnaj kochany. Twój Raphael.


Nie docierało to do mnie. Co z tego, że miał mnóstwo wad... to wszystko moja wina, że on odszedł! Jaki ja byłem głupi i naiwny... Teraz wszystko straciło dla mnie sens. Po co to było? Żebym bardziej cierpiał...? Czyli wracamy do punktu wyjścia... powinienem był odejść już tamtego dnia, skoro i tak moim przeznaczeniem jest bycie samotnym. Los chyba sobie ze mnie kpił… Nie ma opcji, bym był w stanie drugi raz pokochać... bo osoba, którą obdarzyłem najsilniejszym uczuciem zniknęła raz na zawsze. Nigdy więcej go nie zobaczę. Gdybym mu się w pełni oddał minionej nocy, z pewnością byłoby inaczej... jak zwykle okazałem się ofiarą losu. To ja nawaliłem na całej linii, nie on. Wcale nie jestem cudowny... to ja na niego nie zasługiwałem w takim razie. W innym wypadku by mnie nie zostawił! Odpuściłem sobie pisanie jakichkolwiek listów... zresztą im szybciej odejdę, tym lepiej, nie będę tego przedłużał. Brak mi na to wręcz sił... Jedzenia nie ruszyłem, co nie powinno być niczym dziwnym. Niewiele myśląc umyłem się i założyłem na siebie specjalny strój. Taki, w którym chciałem pokazać się ukochanemu na Halloween. Być jego takim... jakby księciem. W związku z tym chcę umrzeć właśnie w nim. Przypominał garnitur, ale taki mieniący się kolorami tęczy. Cudownie błyszczał i świecił. Pod rozpiętą marynarką znajdywała się czarna elegancka koszula ze śliskiego materiału, a zamiast typowego krawatu, zawiązałem wokół szyi czarną kokardkę, coby ta robiła za ozdobę. Miałem prezentować się tak, jakbym był chodzącym prezentem, późniejszą zachętą dla Raphaela, by mnie rozpakował. Jednak to się już nie stanie... Włosy również ułożyłem i wyglądałem naprawdę... imponująco, choć w moim odczuciu i tak jestem szpetny.
Tak odstawiony jak cholerne milion dolarów skierowałem swe kroki do gabinetu lekarza, by jak zawsze dać znać o swoim odmeldowaniu. Musiałem to sprytnie rozegrać, byle o niczym się nie zorientował... Ledwo się udało, ale dałem radę. Było już ze mną dostatecznie dobrze, że pozwolili mi samemu jeździć do domu co weekendy, a moje zdane prawko na coś się przydało. Rodzice nie musieli mnie specjalnie odbierać jak było do niedawna. Niestety ponownie wróciłem do tego samego jak było na początku lipca... lecz o tym miał się nie dowiedzieć absolutnie nikt. Powiedziałem mężczyźnie, że mi smutno z powodu mojego współlokatora. Słowem nie wspomniałem o swoich prawdziwych uczuciach... wtedy załamałby mi się głos, a na to nie mogłem sobie pozwolić. Po krótkiej wymianie zdań, wyszedłem z pomieszczenia, starając się zachować spokój. Kiedy finalnie dostałem się do swojego auta... dałem upust swym emocjom i pozwoliłem łzom ściekać dalej po moich policzkach. Ruszyłem przed siebie w jednym obranym przez siebie dziś celu... po drodze wstąpiłem do sklepu, aby kupić solidne sznury. Żyletki były za słabe, zbyt dużo z nimi cackania.
Jechałem prosto do lasu tuż obok Monterey, mimo że docelowo miałem pojawić się jak zwykle u rodziców... ale nic się dla mnie już nie liczyło. Droga długo mi nie zajęła. Zatrzymałem się na poboczu i zostawiłem samochód za sobą, a ja zabrałem ze sobą same sznurki. Spieszyło mi się, bo już nie mogłem tego znieść. Odszukałem wzrokiem jakieś drzewo, na które łatwo się wspiąć, a następnie jak już znalazłem się nieco wyżej nad ziemią... zacząłem przywiązywać linę do grubszej gałęzi. Musiałem to zrobić porządnie, byle ta się przypadkiem nie rozwiązała... Ostatecznie owinąłem sobie jej koniec wokół szyi i zacisnąłem. Wszystko szło po mojej myśli. Stanąłem po środku tej gałęzi i ostatnie co miałem zrobić to zeskoczyć i na niej zawisnąć. Raptem się zawahałem... przez myśl przeszedł mi Arvid, Ethan, mama, tata... przecież dla nich byłem ważny i to dla nich powinienem nadal się starać... Dlatego tak stałem dobrą chwilę, czując potworne rozdarcie. Przykro to mówić, lecz... życie mnie przerosło, nie było dla mnie tu miejsca ani odwrotu. Doceniałem ich pomoc, ale to było za mało... i tak straciłem swą miłość, więc to był dla mnie poważny cios. Cios, którego nie udźwignę... Cały zalany łzami patrzyłem pusto przed siebie. Jeden ruch dzielił mnie od przejścia na drugą stronę... Powoli przesuwałem stopy do krawędzi, przygotowując się do skoku. Raphael... czy tego chcesz, czy nie, niebawem się do ciebie przyłączę. Mam gdzieś co sobie o tym pomyślisz. Bez ciebie nie przetrwam w tym okropnym świecie... Niech ten sznur owijający się okrutnie wokół mojej szyi odbierze ten cały ból i cierpienie, a ja nie będę musiał więcej znosić tych katuszy...

Ethan Lin
Lil Meow Meow#3728
Zostaję przy jednej postaci.

Tatuator, 831 INK Tattoo Studio
Awatar użytkownika
about me
Motto:
Don't tell yourself that you are not valuable, because everyone is valuable in their own way and don't let yourself be told that.
180 cm
25 y/o
Cytuj

Post ()

Dziś skończył pracę chyba z godzinę wcześniej, nie patrzył dokładnie na zegarek. Nie zwracał uwagi na czas, kiedy ma kilka rzeczy do zrobienia, skupiał się wtedy na tym co robił w stu procentach. Nagle usłyszał dźwięk przychodzącej wiadomości na laptopie. Otworzył czat, który używano się w Chinach i na Tajwanie, czyli wechat. Wymieniał tam sporadyczne wiadomości, a głównie tylko z swoim opiekunem, który jak zwykle był ciekaw co się u niego działo. Jednak tym razem nie był to jego opiekun, tylko najlepszy haker jakiego znał i był członkiem gangu tak samo jak on. Dobrze, że mieli go po swojej stronie, bo jego umiejętności hackerskie były zdumiewające.

Jakoś tydzień temu poprosił go o pomoc, w ważnej dla Lina sprawie. Prościej mówiąc możliwość śledzenia jednej osoby, o którą się martwił, a kontaktowanie się z nią było trochę ciężkie, ze strony młodego mężczyzny, bo ostatnio był zawalony zamówieniami. Wspomniany haker zgodził się na taką pomoc, ale chciał coś w za mian. Ethan zgodził się i po przez wymienienie paru wiadomości z poprzedniego tygodnia padło na tatuaż, który miał dla niego zaprojektować. To dawało mu dodatkową pracę, ale w duchu cieszył się, że Lee chciał tatuaż, a nie dla przykładu czegoś co robi się w łóżku. Po ustaleniu wysłania szpilki szpiegowskiej za pomogą linka, w którym znajdowało się zdjęcie do nowego projektu Ethana. W prawdzie nowy projekt był prawdziwy, tylko, że był wzbogacony o jedną rzecz. Po utworzeniu linku i przesłaniu, chłopak wysłał to za pomocą komunikatora Jaesangowi. Oczywiście odbiorca o niczym nie wiedział, więc to było małe słodkie kłamstwo, o którym Jae nie miał się nigdy dowiedzieć.

Zaczepka Lee dotyczyła tatuażu, który miał zostać zrobiony, więc, szybko odpowiedział, że na takie jest wykonany szkic, a na wypełnienie go kolorami albo czarnym kolorem przeznaczy następny dzień. Po wysłaniu wiadomości, przyszło kolejne powiadomienie, ale tym razem na telefon, jakby za prawą magicznej różdżki. Szybko sięgnął po telefon. To było powiadomienie, że jego przyjaciel gdzieś się przemieszcza. Coś sprawiało, że zaczynał się martwić o niego, nawet kiedy jechał do swoich rodziców, bo wiedział, że po ludziach, którzy chorują na depresję nie wiadomo co się po nich spodziewać. Zarzucił dżinsową kurtkę na siebie, zgarnął klucze od swojego całego dobytku i kast od motoru.

Kiedy znalazł się na zewnątrz, poszedł do garażu, odpalił swój pojazd, zakładając kas i przymocował telefon do specjalnego uchwytu, zamontowanego przy motorze. Podążał za czerwonym punktem, który zmierzał w kierunku Skyline Forest. Z jednej strony dobrze, że mieszkali od siebie tyle kilometrów, bo nie został posądzony przez Chae o śledzenie, a z drugiej strony musiał trochę nadrobić trasę, aby zobaczyć, że ten dzieciak jeszcze chodzi po tym świecie. Tym razem coś czuł, że nie będzie miał tyle szczęścia, bo nagle czerwony punkt się zatrzymał i stal. Nie poruszał się w żadną ze stron. Przeklną, bo to nic dobrego nie zwiastowało, więc musiał przyspieszyć. Tak, zrobił.
Po dotarciu na miejsce… Wylądował w lesie. A stojącego na poboczu samochodu nie można było tak łatwo przeoczyć. Zatrzymał się obok, podstawiając motocykl na nóżce, szybko zdjął kas, nie przejmując się, że miał lekko przyklapnięte włosy do czoła. Sprawdził samochód i miał dobre przeczucie, telefon jego przyjaciela znajdował się w środku. Miał nadzieję, że zbyt daleko nigdzie nie poszedł, bo to będzie szukanie jak igły w stogu siada. Jeszcze raz przeklną i schował telefon do tylnej kieszeni spodni i poszedł w las.
Nie musiał zbyt głęboko wchodzić, bo zobaczył Chae, który wystroił się jak choinka w boże narodzenie i widział wszystko wyraźnie, że chciał ze sobą skończyć. Podbiegł do niego najszybciej jak potrafił i chwycił go za fraki i pociągnął do ciebie, a drugą ręką ściągnął gruby sznur, który miał narzucony na szyję. Po wpływem emocji zużył na to trochę zbyt dużo siły, bo siła pociągnięcia była taka, że Jaesang wylądował na ziemi.

- Do reszty ciebie pogrzało! – krzyknął w jego stronę i w międzyczasie próbował wyrównać swój oddech, bo jakby Jae nie wiedział to brązowowłosy biegł.

Jaesang Chae
sooheon#2034
brak multikont

Marzyłem o byciu muzykiem, a skończyłem w psychiatryku...
Awatar użytkownika
about me
Without repulsion you accepted me. Without you I am nothing. After the dawn, two of us we welcomed the morning together. Don't let go of my hand forever and I won't let go of yours either.
174 cm
19 y/o
wydra za napisanie karty 6 month feast - here's to us! 6 month feast - you're my only one
Cytuj

Post ()

Daleko nie uszedłem... po co miałbym wędrować godzinami, skoro tyle drzew dookoła? Aczkolwiek oddaliłem się na tyle od swego samochodu, by nie było widać co dokładnie robię. Już byłem blisko, jedną nogą po drugiej stronie... wtedy ni stąd ni zowąd poczułem gwałtowne szarpnięcie za moje ciuchy, co zniszczyło moje plany pożegnania się z tym padołem. Wszystko działo się w tak błyskawicznym tempie, że nie od razu ogarnąłem co się właśnie stało. Chwilę później wylądowałem na mokrej od rosy trawie, między którą znajdywały się drobinki gleby, którą zapewne ubrudziłem sobie większość stroju. Jednak to było najmniej istotne... Zamrugałem kilkukrotnie powiekami, patrząc otępiale w górę, gdyż upadłem prosto na kość ogonową, osuwając się dodatkowo na plecy. Czyżbym za słabo splątał te liny i się urwały...? Nie, to było zbyt silne zderzenie, by to o to chodziło... Dopiero po skarceniu mnie przez znany mi głos dotarło do mnie, że... ktoś mnie powstrzymał, szybko i sprawnie ściągając ze mnie morderczy sznur.
Do licha ciężkiego, ja nadal żyję... czy ta farsa nigdy się nie skończy? Zerknąłem smutno w stronę źródła tych wrzasków. To był Ethan... Leżałem nieruchomo, nie wiedząc co z sobą począć. Mimowolnie zacisnąłem obie ręce na odstających zielonych kosmykach rozmaitych roślin, aż kostki mi zsiniały przez siłę, jaką włożyłem w ów czyn. Jakim cudem on się tu właściwie znalazł...? Praktycznie nie było to możliwe, robiłem wszystko, byle nikt nie zdążył do mnie dotrzeć! Gdzie popełniłem znowu błąd...? Czułem się tak potwornie bezsilny i beznadziejny jak nigdy wcześniej.
P-p-po co c-ci to b-było...? J-ja... dłużej już tak nie mogę, nie dam rady... zostaw mnie w spokoju! — wydukałem z wyraźną rozpaczą i nutką desperacji, usiłując go odstraszyć, żeby się mną nie kłopotał i nie zawracał niepotrzebnie głowy moją żałosną osobą. Na pewno ma lepsze rzeczy do roboty, niż zajmowanie się kimś tak nieprzydatnym jak ja... — Pozwól mi po prostu... odejść, proszę! Nic tu po mnie… on mnie opuścił, rozumiesz?! — darłem się rozżalony, roztrzęsionym głosem i mocno ochrypniętym. Drżącą dłonią wyciągnąłem list od ukochanego, który niedawno wcisnąłem do kieszeni od swej odlotowej marynarki. Głowa mi pulsowała z tego wszystkiego, jakby zaraz miała eksplodować. Delikatnie się wyprostowałem, aby wręczyć mu zgniecioną kartkę papieru, a następnie wróciłem do poprzedniej pozycji w jakiej dotychczas trwałem. Tym samym jasno wskazałem mu powód, przez który chciałem po raz drugi ze sobą skończyć. — D-dlaczego o-on mi to z-zrobił...? D-d-dlaczego... myślałem, że mnie k-kocha! N-nawaliłem, jestem nic n-niewart... — łkałem, totalnie nie rozumiejąc, czemu mój Raphael popełnił samobójstwo i kazał mi zostać niemalże samemu na tym gównianym świecie, na którym sobie już od dawna nie radziłem, a co dopiero bez niego... Sam nie wiem do kogo skierowałem te słowa. Czy do Ethana, czy rzucałem samo retoryczne pytanie, na które przecież nikt nie znał tak po prawdzie odpowiedzi... Wątpiłem, abym ją poznał. Jednocześnie samoistnie przytoczyłem coś, co mi wydawało się najsensowniejsze, nawet jeśli brzmiało nadzwyczaj pesymistycznie. — Boli… to tak bardzo boli… — wyszeptałem cicho, całkowicie się rozklejając i pozwalając, aby kolejny wodospad łez wylał się z mych czerwonych i spuchniętych od płaczu ocząt. Cały czas unikałem jego wzroku. Nie potrafiłem spojrzeć mu w twarz, taki zażenowany sobą byłem... i tym jak słaby i kruchy jestem. Do niczego się nie nadaję, zatem po co tak o mnie zawzięcie ktokolwiek walczy...? Czemu oni się tak uparli, by mnie ocalić…? Najpierw rodzice, teraz Ethan... Z jednej strony rozumiem ich postępowanie, z drugiej... ja się już zbyt tutaj męczę, by być w stanie dalej znosić ten przeklęty dramat, z którym co rusz zmuszony jestem się mierzyć, więc... czemu nie mogą pogodzić się z moją decyzją...? Takie czyny wpędzały mnie w gorsze poczucie winy i niechęć do samego siebie... bo ciągle tylko ich zawodziłem przez swoje słabości i kompletne nieradzenie sobie z rzeczywistością...

Ethan Lin
Lil Meow Meow#3728
Zostaję przy jednej postaci.

Tatuator, 831 INK Tattoo Studio
Awatar użytkownika
about me
Motto:
Don't tell yourself that you are not valuable, because everyone is valuable in their own way and don't let yourself be told that.
180 cm
25 y/o
Cytuj

Post ()

Fakt, że Chae był przez dłuższą chwilę otępiały tym co zrobił brązowowłosy, wykorzystał na swoją korzyść, bo mógł unormować swój oddech i wyprostować plecy. Ostatnio nie mógł porządnie się wyprostować, czując, że jakaś chrząstka w jego kręgosłupie nie chce przeskoczyć i tego mu umożliwić. W rezultacie udaje mu się to zrobić dopiero, kiedy kładzie się do łóżka, a wtedy kręgosłup się rozluźnia. Albo miał za bardzo spięty kręgosłup. Musiał się temu przyjrzeć, ale później.

Przyglądał się Jae, który odstawił się jak drzewko świąteczne na boże narodzenie, a do bożego narodzenia było jeszcze trochę czasu. A to skąd się tutaj wziął zachowa w swoim słodkich kłamstewku, który nie miał prawa wyjść na światło dzienne, a uciszenie twórcy szpilki śledzącej miał uciszyć zaprojektowany przez Lina tatuaż, a później wykonany. Patrzył na Jae z góry, powiedzmy prawdę w oczy inaczej nie potrafił. Nie potrafił w inny sposób spojrzeć na tego dzieciaka, który chciał przed chwilą skończyć ze sobą. Czekał na wytłumaczenie.

Na początku słyszał same jąkanie, czego nie znosił. Jednak zmusił się, aby wysłuchać tego co mówi Jaesang pełnym żalem i przepełnionym początkowym płaczem głosem. Słuchając te żałosne słowa mimowolnie zaciskał swoją szczękę, bo miał ochotę na niego się wydrzeć. Takie słowa były naprawdę żałosne. Przynajmniej w odczuciu Ethana. Potem został mu wręczona kartka papieru, a potem po przeczytaniu paru linijek to był list pożegnalny. Nie miał zamiaru czytać tych pląsów do końca, więc jak Jae przestał mówić, złożył kartkę na pół, tak jak była wcześniej złożona i cicho westchnął.

- Po prostu na ciebie nie zasługiwał. Zakoduj to siebie w swojej pięknej główce, że tamten typ nie był ciebie wart. Jakbym go spotkał w szczególności teraz to bym mu wpakował kulkę w głowę – wycedził przez zęby, bo zachowanie tamtego chłopaka, było strasznie nie odpowiedzialne i swoim samobójstwem, próbował pociągnął za sobą drugą osobę, która… Właśnie coś dla brązowowłosego znaczyła. Po tym jednym szybkim ruchem przedarł list na pół i jeszcze raz na pół. To miało znaczył, że Jae miał zapomnieć o tamtym wraku człowieka.

- Zadam tobie pytanie. Czy chcesz zaprzepaścić to całe leczenie, przebywanie na oddziale zamkniętym i małe zmiany, które rokowały u ciebie, abyś mógł wyjść z tej… z tej pieprzonej depresji?! Pytam się ciebie czy chcesz się poddać! – wybuchł, po prostu wybuch krzykiem. Nie było innej opcji. Trzeba był wstrząsnąć tym dzieciakiem.

Jaesang Chae
sooheon#2034
brak multikont

Marzyłem o byciu muzykiem, a skończyłem w psychiatryku...
Awatar użytkownika
about me
Without repulsion you accepted me. Without you I am nothing. After the dawn, two of us we welcomed the morning together. Don't let go of my hand forever and I won't let go of yours either.
174 cm
19 y/o
wydra za napisanie karty 6 month feast - here's to us! 6 month feast - you're my only one
Cytuj

Post ()

Nie mogłem mieć pretensji do Ethana, że tak na mnie huknął. Tak, kolejna osoba, która zapewne myśli, iż jestem żałosny. Bo przecież jestem... Patrzył na mnie w taki sposób, że aż się przestraszyłem. Nie wiedziałem, co mam o tym myśleć. Nie wiedziałem co powinienem dalej robić... najchętniej zapadłbym się pod ziemię i stamtąd nie wychodził. Tak, najlepiej gdyby moje ciało tam zostało sobie na zawsze i się rozłożyło w jakiejś trumnie, a jakby miało takowej nie być, starczy i sama gleba... Jednak jak miałem mu to wyjaśnić bez płaczu...? To wszystko mnie naprawdę przerosło, zniszczyło. Moje serce było złamane w pół i to tak potwornie bolało... Dawno nie odczuwałem tak potężnego uścisku i kłucia w okolicy klatki piersiowej.
Jakiej pięknej... gdzie ty widzisz piękno... Może lepiej jak to mnie przystawisz ten pistolet i zaoszczędzisz mych tortur... nie, to ja na niego nie zasługiwałem! Dlaczego uważasz, że jest na odwrót...? Nie rozumiem... — może byłem głupi, ale nie potrafiłem w tej chwili zmienić nagle zdania co do siebie i swojej nieprzydatności i swego zjebania. Leżałem nieustannie w bezruchu, mając zupełnie gdzieś co się ze mną stanie. Nie obchodziło to mnie... a on mógł sobie na mnie krzyczeć. I tak wątpię, bym miał niespodziewanie postrzec siebie w lepszym świetle. Co on będzie miał z tej gatki niby? Nie wiem czy cokolwiek coś tym zdziała... Starałem się wysłuchać co miał mi do powiedzenia. Może i miał rację... ale co z tego? Nie ma lekarstwa na ten ból po stracie kogoś tak ważnego... jeśli jednak takowy posiada, niech mi go da, może wtedy porozmawiamy inaczej!
Rozdziawiłem usta w niemałym szoku widząc jak drze na parę części list od Raphaela. Może to i lepiej, sam raczej nie miałbym odwagi się tego podjąć, a gdybym miał przeczytać go po raz kolejny... na nowo by mnie to złamało. Nie zamierzałem tego nijak komentować... Westchnąłem ciężko pod nosem, oddychając bardzo chaotycznie, niespokojnie. Ledwo łapałem powietrze w usta. — N-nie wiem... wszystko mi jedno... nie moja wina, że się zakochałem i po prostu wiem, że sobie nie poradzę... zawsze marzyłem o pięknej miłości, a teraz… to już stracone. Myślałem, że w końcu poznam jej smak... n-nigdy nie będzie mi to dane... — próbowałem przedstawić mu to jak ja się z tym czuję, a przede wszystkim wyjaśnić, dlaczego próbowałem się zabić, i że wszelkie moje postępy i tak poszły w błoto, bo po takim ciosie tak krucha osoba jak ja nie jest w stanie stawić czemuś takiemu czoła... Ja nie widzę aktualnie dla siebie przyszłości, niestety... — Jak ja mam to udźwignąć, pomyślałeś w ogóle o tym...? Jak mam się nie obwiniać, skoro... to poniekąd moja wina? Wyznałem mu miłość, a on mnie zostawił… Do tego nie byłem gotowy, by to z nim zrobić... a potem dostałem ten cholerny list... — ciągnąłem, wciąż na niego nie patrząc, obierając sobie jakiś punkt znajdujący się przede mną. Była to trawa, nieznacznie kołysząca się pod wpływem delikatnego wiatru, który się zerwał. Robiło się późno, coraz chłodniej… Wcale mi te wrzaski na mnie nie pomogły, a łzy nie przestawały skapywać z moich policzków, choć powoli... przestawałem już mieć siły nawet na płacz. Szczerze? Byłem stracony, nie ma dla mnie ratunku... Dlatego odpowiadając na jego pytanie, choć nie głośno — ja już się poddałem.

Ethan Lin
Lil Meow Meow#3728
Zostaję przy jednej postaci.

Tatuator, 831 INK Tattoo Studio
Awatar użytkownika
about me
Motto:
Don't tell yourself that you are not valuable, because everyone is valuable in their own way and don't let yourself be told that.
180 cm
25 y/o
Cytuj

Post ()

Po części wiedział, co przeżywał Chae, bo przechodził coś podobnego. Emocje towarzyszyły w tamtym czasie podobne, ale sytuacja wyglądała całkiem inaczej. On uciekł, zostawiając swoją pierwszą miłość. Ale uczucia były podobne, tylko zakończenie w tym wszystkim było takie, że oni obydwoje żyli. Każdy żył własnym życiem, a tu zwykłe zerwanie przerodziło się w tragedie. Po usłyszeniu, że powinien przystawić pistolet do głowy Jaesanga na chwilę przygryzł wewnętrzną stronę ust, to było niedorzeczne, bo nie potrafiłby tego zrobić.

- Nie gadaj bzdur. Mam tobie przypomnieć do czego ciebie namawiał…?! Do alkoholu, do zażywania innych używek. Co w twoim stanie jest zabronione! – krzyknął, bo widział, że był w jakimś amoku. A to wszystko przez tego gnoja, który postanowił się zabić.

Widział wyraźnie reakcje Jae na to co robi. Że pozbył się tego nic wartego listu, który nie miał prawa istnieć. Podarte skrawki papieru wyrzucił gdzieś na bok, na trawę i niech wiatr to rozniesie po różnych zakątkach tego lasu. Po usłyszeniu słów „nie wiem”, „wszystko mi jedno” nie wytrzymał napięcia. Podszedł do niego, chwycił go za świecącą marynarkę i przycisnął do pobliskiego drzewa.

- Jeśli nie ta miłość to znajdzie się jakaś inna, tylko otwórz szerzej swoje zamglone oczy, bo nawet to może znajdować się na wyciągnięcie ręki. Ja też byłem zakochany… ale los chciał, aby wszystko potoczyło się inaczej. Jednak wyszedłem z tego i żyje dalej. Ty też tak możesz, a jeśli uważasz, że inaczej to wiedz, że wokół ciebie znajdują się osoby, które chcą dla ciebie jak najlepiej i pomogą tobie – rozumiał ten bełkot, ale nie chciał wracać do tego co było kiedyś, bo to nie była odpowiednia pora na to. Teraz liczyło się, aby otrząsnąć Chae.

Słuchał dalej. Słuchał tego zagubionego dzieciaka i u Ethana było podobnie, tylko, że dalsze etapy zrealizował, a on nie i to było strasznie bolesne.
- A czy ktoś tutaj mówi, abyś sam to dźwigał..? Nie, bo jestem tutaj i z tobą i próbuje przemówić tobie do rozumu! – chciał kontynuować, ale ręką go świerzbiła. Na początku chciał sprzedać mu liścia prosto w twarz, ale zrezygnował z tego. Zamiast tego ujął jego podbródek małą dłonią i ścisną lekko. - Jeśli ciebie został, to nie była wartościowa miłość. A po liście już nic nie zostało i przestań pieprzyć, bo przez ciebie zwariuje, oczywiście w pozytywnym znaczeniu – ostatnie słowa podkreślił, aby nie odebrał tego w negatywny sposób. Miał dosyć słuchania tego bełkotu zranionego miłością chłopaka, dla którego oprócz tego nic się nie liczyło.

Jaesang Chae
sooheon#2034
brak multikont

Marzyłem o byciu muzykiem, a skończyłem w psychiatryku...
Awatar użytkownika
about me
Without repulsion you accepted me. Without you I am nothing. After the dawn, two of us we welcomed the morning together. Don't let go of my hand forever and I won't let go of yours either.
174 cm
19 y/o
wydra za napisanie karty 6 month feast - here's to us! 6 month feast - you're my only one
Cytuj

Post ()

Ethan chyba nie mógł wiedzieć jak ja się w rzeczywistości czuję... może się mylę, jednakże nic mi nie wiadomo na ten temat. Nigdy mi nic nie mówił o swych porażkach, a już na pewno nie tych związanych ze sprawami sercowymi. Najwyraźniej niedługo miałem się prędko przekonać, co sam częściowo przeżywał...
No i co z tego...? Może namawiał, ale przecież nic złego się nie stało, nie popadłem w uzależnienia... sam mnie przepraszał w tym liście, że źle zrobił! I tak mnie odrzucają... — odparłem zgodnie z prawdą, ciężko oddychając, nie mogąc złapać do końca tchu z nadmiernych wrażeń i zbyt dużej ilości emocji, które mną w tym momencie szastały. To nie w tym widziałem problem, a w pozostałej reszcie... Zdawałem sobie doskonale sprawę, iż tego typu używki są nieodpowiednie... Raphael dał mi do spróbowania raz, drugi, trochę mnie to rozluźniło, lecz nic ponadto. Nie czułem się po zażywaniu tego świństwa najlepiej. Po alkoholu miałem odruchy wymiotne, a papierosy sprawiały, że się natychmiast krztusiłem. Nie wspomnę o marihuanie, która wycięła mnie ze świadomości na parę bitych godzin, do tego nim to nastąpiło miałem jakieś pokręcone halucynacje i wrażenie, że ktoś mnie śledzi i goni... Po tym zdarzeniu postanowiłem sobie, iż nigdy więcej tego nie tknę. Widząc takie reakcje u mnie, mój były chłopak nie wciskał mi więcej niczego na siłę, choć czasem próbował mimo wszystko mnie jakoś do tego przekonać... Daleko było mi do wpadnięcia w ciężkie nałogi, więc nie pojmowałem o co tyle szumu jeśli o to chodziło... Pozostawałem uparcie przy swoim i nie zamierzałem zmieniać zdania... Odwróciłem również twarz, by nie patrzeć na skrawki papieru, które sprawiły mi tyle cierpienia... Tak, niech odfruną jak najdalej, nie chciałem już ich widzieć. Faktycznie wiatr porwał podarte części w różne strony. Jednak nie to mną wstrząsnęło. Raptownie zostałem siłą podciągnięty z trawy, a moje plecy boleśnie zderzyły się z korą jednego z pobliskich drzew. Doznałem szoku, nie spodziewałem się tak gwałtownego ruchu ze strony starszego chłopaka... Wytrzeszczyłem oczy i mimowolnie na niego spojrzałem, czując jak oblewa mnie paraliżująca panika.
Ale... możesz mówić co chcesz, Raphael... był jednym z głównych powodów, dzięki którym łatwiej walczyłem z depresją... bez niego nie wiem czy mi się to uda... — zacząłem nieco piskliwym, mocno ochrypniętym głosem, lecz starałem się przedstawić jak najlepiej mój punkt widzenia. Nie oczekiwałem, że to zrozumie... niczego od niego nie wymagałem. Koszmarnie wychodziło mi tłumaczenie swoich czynów, niemniej nie umiałem inaczej, tak to odczuwałem... Mimo wszystko coś do mnie powoli docierało. Chciałem, by to co mówił było takie proste... dla mnie brzmiało nadal zbyt trudno. — Zanim go poznałem, nikt nie zwracał na mnie uwagi... pewnie dlatego, że jestem brzydki. Zatem niby czemu miałoby się coś zmienić? Nikt mnie już nie pokocha, nie wierzę w to... Każdy jest inny, a ja... zbyt słaby. Nie wiem czy z tego wyjdę... — kontynuowałem niepewnie, zaś moje tęczówki były rozbiegane i latały mi na różne strony, a mnie ciężko było się całkowicie uspokoić. I choć dobrze mówił, dalej nie umiałem odpowiadać pozytywniej... jeśli oczekuje ode mnie nagłej zmiany toku myślenia, to trochę za szybko na to, bym w błyskawicznym tempie zaczął radośnie się wypowiadać, jakby nic się nie stało... — W to nie śmiem wątpić... z tym, że po stracie ukochanej osoby... na nowo poczuję pustkę i samotność... no sam wiesz w jakim sensie... boję się tej samotności... — przedstawiłem swój najgorszy lęk, z którym właściwie mierzę się od zawsze. Prawie… no odkąd znalazłem się w tym przeklętym San Jose, wszystko się popsuło. To tam zaczął się mój koszmar, który trwa po dziś dzień i wciąż nie mogę się z niego uwolnić... Serce łomotało mi jak szalone. Gdyby mogło wyrwałoby mi się z piersi. — Sam widzisz... nigdy nie widzę innych rozwiązań poza jednym... co samoistnie świadczy o tym, jak żałosny i bezużyteczny jestem... — po raz kolejny sobie ubliżałem, co było u mnie czymś zwyczajnym. Jak mogło być inaczej, skoro moja już i tak niska samoocena podupadła jeszcze mocniej, więc nie mógł oczekiwać ode mnie, że w ciągu sekundy zacznę siebie zachwalać. Zdarzało mi się to… rzadko. Nie. Wróć. W ogóle mi się to nie zdarzało... Skamieniałem, gdy na dokładkę chwycił mój podbródek tak stanowczo. Tym razem nie miałem sposobności uciec gdzieś indziej wzrokiem, zmuszony byłem wlepiać go prosto w jego twarz... — Powiedz... w jaki sposób chcesz mi pomóc? — spytałem z jawnym zaciekawieniem, gdyż nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Jego determinacja była godna podziwu... dziwiło mnie, że tak bardzo chciał przemówić mi do rozsądku. Udawało mu się to… chyba. — Co...? W jakim sensie zwariujesz…? — tego to już zupełnie mój głupi mózg nie potrafił rozpracować, przez co dostał sporego laga. Miałem ochotę się do niego zwyczajnie przytulić... ale się bałem. Bałem, że znowu się rozczaruję, bo wykonałem jakiś niewłaściwy ruch... Dlatego ani drgnąłem, przełykając głośniej ślinę.

Ethan Lin
Lil Meow Meow#3728
Zostaję przy jednej postaci.

Tatuator, 831 INK Tattoo Studio
Awatar użytkownika
about me
Motto:
Don't tell yourself that you are not valuable, because everyone is valuable in their own way and don't let yourself be told that.
180 cm
25 y/o
Cytuj

Post ()

Ciężko przełknął ślinę. Słysząc kolejne zaślepione słowa - tak zaczynał nazywać wypowiedzi, które nadal pomimo jego śmierci, a raczej samobójstwa broniły stronę niejakiego Raphaela. Nie zapamiętał jego imienia, bo nie było takiej potrzeby. Od początku mu się nie podobał pod względem sposobem bycia oraz fakt, że zbliżył się do Jaesanga. Na początku przełknął tę ciężką goryczkę, a potem w swoich czterech ścianach zafundował sobie katusze w postaci wyczerpującego treningu, aby o tym nie myśleć. Przy okazji powtarzając, że to nie była jego sprawa, aby ingerować w ich relację. Wiedział, że prze różne używki i alkohol może zrujnować człowieka i bardziej go stoczyć na dno, więc za wszelką cenę nie chciał, aby Chae tego próbował, jednak nie nie potrafił do tego przyznać się na głos.

- A pomyślałeś, że alkohol może zwiększyć działanie niepożądane twoich leków przeciwdepresyjnych albo zmniejszyć ich działanie…? - odparł z dziwnym przejęciem w głosie.
Trochę o tym poczytał w internecie, więc wiedział, że takie połączenia bywają niebezpieczne, więc jakby miało miejsce coś takiego, to bez dwóch zdań oskarżyły by tamtego chłopaka, bo on był głównym prowokatorem do próbowania rzeczy, które mogą z łatwością zawładnąć nad człowiekiem.

Kiedy wykonał ten gwałtowny ruch, poczuł małą ekscytację widząc na twarzy młodszego szok. Prawdopodobnie nie myślał, że byłby do tego zdolny, a jednak był, tylko swoje złe nawyki trzymał głęboko w sobie i nie pokazywał na światło dzienne. A obecna sytuacja spowodowała, że musiał sięgnąć po ostateczne i gwałtowne działanie.
- Uda się tobie, bo masz wokół siebie osoby, którym im na tobie zależy - wypowiedział te słowa trochę spokojniej, bo wreszcie przestał pleść bzdury. - Może tego na razie nie dostrzegasz, ale ktoś inny może widzieć coś innego oraz dostrzec to jak jak wyglądasz i nie jesteś brzydki.
Dla Ethana był kimś, kto potrzebował pomocy i zostać zaopiekowanym, więc on to mu da, ale też najpierw musiał popracować nad sobą, aby nie być takim słabym psychicznie i zacząć walczyć z depresją.

- Nie będziesz sam. Będę przy tobie i nauczę ciebie widzieć inne rozwiązania, a nie ograniczać się, tylko do jednego, które teraz widzisz - tymi słowami chciał go uświadomić, że nie będzie sam i nie zostawi go. W międzyczasie, kiedy na chwilę nastała między nimi cisza zdołał usłyszeć mocne bicie serca Chae. To z emocji, które każdego z nich targały.

Wiedział, że w przeciągu sekundy Jae nie zmieni swojego sposobu myślenia, ale na razie nic mu nie pozostało, niż przemówienie mu do rozsądku, który gdzie po drodze się zgubiły. A teraz trzeba było małymi krokami odnaleźć. Na pytanie z zaciekawionym tonem od strony młodszego odpowiedział - Najpierw ochłoniesz po tym wszystkim, a potem zaczniesz terapię i będę mieć ciebie na oku.
Młodszy mógł usłyszeć stanowczy głos Ethana, bo teraz nie miał zamiaru patrzeć jak stacza się jeszcze bardziej i to może wydawać się mocno samolubne, ale nie dopuści do niego nikogo, kto będzie chciał zaburzyć cały ten proces.

Liczył się z tym, że Jaesang nie załapie o co może mu chodzić, więc przez powiedzenie, że "zwariuje przez niego" ale musiał w inny sposób to wyjaśnić.
- "Jesteś dla mnie kimś ważnym" - powiedział, ale nikt nie spodziewał, że powie to właśnie po mandaryńsku, aż musiał odchrząknąć. To chyba znaczy, że jeszcze nie był gotów, aby mu powiedzieć co dokładnie do niego czuje.
Po tym wyznaniu usunął swoją rękę z podbródka Jae i przestał go przytrzymywać przy drzewie. Ciężko westchnął i spojrzał na chłopaka.
- A teraz pojedziesz ze mną - odparł, wracając do angielskiego i po wypowiedzeniu tego krótkiego polecenia chwycił go za ramię, a dokładnie za marynarkę, aby przez przypadek nie uciekł i zaczął powoli iść razem z Chae w kierunku z którego się tutaj zjawił.

Jaesang Chae
sooheon#2034
brak multikont

Marzyłem o byciu muzykiem, a skończyłem w psychiatryku...
Awatar użytkownika
about me
Without repulsion you accepted me. Without you I am nothing. After the dawn, two of us we welcomed the morning together. Don't let go of my hand forever and I won't let go of yours either.
174 cm
19 y/o
wydra za napisanie karty 6 month feast - here's to us! 6 month feast - you're my only one
Cytuj

Post ()

Nie wykluczę opcji, iż przez ten cały czas mogłem nie dostrzegać pewnych rzeczy przez swoje zaślepienie... Tak, z pewnością coś przeoczyłem, a to co poczułem do Raphaela... prawdopodobnie było złudne, chwilowe. Dlatego, że pierwsze... wydawało mi się, że to była miłość od pierwszego wejrzenia, coś wyjątkowego... Stąd też to ciągłe bronienie byłego, właściwie niedoszłego chłopaka... Pomału docierało do mnie, że faktycznie nie był dla mnie dobry i gdyby nie opuścił tego padołu... być może ściągnąłby mnie ze sobą na samo dno. W życiu mi nie przeszło przez myśl, że ktoś inny poza nim mógłby spojrzeć na mnie inaczej... Odnosiłem wrażenie, że tylko on uważał mnie za przystojnego, a nikogo innego nie mógłbym choćby w minimalnym stopniu kręcić. Dochodziłem do pewnych konkluzji i może nareszcie... przejrzę na oczy. Powinienem być wdzięczny Ethanowi za jego determinację... i za to, że mną tak potrząsnął. Gdyby się nie zjawił, mnie już by tu nie było. Słyszałem przejęcie w jego głosie i coraz bardziej robiło mi się głupio...
Nie... nie pomyślałem. Kiedy mnie namawiał do używek, kazał mi odstawić te leki... dowiedziałem się potem, że on ich wcale nie brał i to ukrywał przed wszystkimi... przyznam bez bicia — otępiają. Sam czasem źle się po nich czułem... — zauważyłem z głośnym westchnięciem, stawiając jak zawsze na szczerość. Zdążyłem się zorientować, że to było nieodpowiednie… nie, bardziej nieodpowiedzialne, o tak. Po prostu byłem pod złym wpływem drugiej osoby, która mnie oczarowała, a ja ślepo za nią latałem jak zahipnotyzowany, całkowicie się jej podporządkowując. Przypuszczalnie owinął sobie mnie wokół małego paluszka i skorzystał z mojej naiwności... A kiedy nagle stawiłem opór, popsułem mu niecne plany. Już nie tańczyłem tak jak mi zagrał. Dalsze czyny... może były czymś w rodzaju buntu. Nie mam bladego pojęcia... to są jedynie moje domysły. — Ale nie martw się, biorę je żeby nie było... — dodałem na uspokojenie, byle już na mnie więcej nie krzyczał. Nie lubiłem gdy ktoś podnosił tak donośnie na mnie głos... Niemniej było to w tym momencie potrzebne, temu nie przeczę. Tak czy siak niech wie, że aż tak durny nie byłem, by zachowywać się pod tym względem dokładnie tak jak Raphael. To był jedyny plus tej beznadziejnej sytuacji, że nie mieszaliśmy psychotropów z żadnymi niepożądanymi środkami. — Masz rację... — przestałem się z nim sprzeczać, gdyż to nie miało najmniejszego sensu. Zresztą to się zgadzało. To ja będąc w tym pokręconym amoku o tym prawie zapomniałem, choć to właśnie był jeden z tych powodów, przez które na krótką chwilę się zawahałem... widocznie trzeba było się posłuchać tego, co podpowiadał mi zdrowy rozsądek. — Tak tylko mówisz... przekonaj mnie, że jest inaczej. Pewnie mnie próbujesz pocieszyć... co w takim razie jest we mnie atrakcyjnego, hm...? I niby komu mógłbym się spodobać...? — potrzebowałem konkretniejszych dowodów. Tak mógł sobie powiedzieć każdy... ów ogólnik brzmiał mi zbyt pusto. To było jedyne czego nie potrafiłem w dalszym ciągu zaaprobować. Co się dziwić, skoro moja asertywność leżała i kwiczała... — Dziękuję... jestem ci wdzięczny za wszystko co dziś dla mnie zrobiłeś… przepraszam, że najadłeś się przeze mnie strachu... spróbuję zawalczyć po raz drugi... — obiecałem mu półszeptem coraz mniej łamliwym tembrem. Musiałem to powiedzieć, byłem jego dłużnikiem, a on moim bohaterem, tak jak rodzice... — Co do tego... wiem, że nie jestem sam. Chodziło mi bardziej o drugą połówkę... — sprostowałem licząc na to, że zrozumie w jakim dokładnie kontekście wspomniałem mu o lęku przed samotnością. Może to tandetne, ale chciałem mieć w kimś opokę, czuć się kochanym i być z kimś blisko. Kto nie marzy o cudownej, romantycznej miłości...?
Dobrze... Zacznę…? Chyba raczej będę kontynuował... nie skończyłem jeszcze przecież swojej terapii... — spojrzałem na niego z lekkim zdziwieniem, unosząc obie brwi pytająco ku górze i nieznacznie rozchyliłem wargi w zdumieniu. Zdecydowanie ochłonąłem, za to... im dłużej tak przy mnie stał, tym zaczynałem zdawać sobie sprawę, że... ma na mnie dziwnie mocny wpływ. Poczułem coś bliżej nieokreślonego w okolicach podbrzusza, czego nie byłem w stanie jasno sprecyzować. Nie chciałem jednak znów czegoś źle zinterpretować, zatem to zignorowałem... a przynajmniej usiłowałem. Nawet się nie spostrzegłem, a moje policzki zalały urocze, delikatnie różowe rumieńce, natomiast moje ciało przeszyły przyjemne ciepłe prądy. Co to oznaczało...? Matko, jeszcze się przed nim tylko ośmieszę... Durne reakcje mego organizmu, skończcie z tym, bo to nigdy do niczego dobrego nie prowadzi! Moją uwagę momentalnie rozproszyły jego słowa wypowiedziane w nieznanym dla mnie języku.
Czekaj… możesz powtórzyć? Nie zrozumiałem... T-to niesprawiedliwe...! — jęknąłem z niezadowoleniem, robiąc minę zbitego kociaka. Teraz nie da mi to spokoju i będę nieustannie o tym myślał... Jeśli mi tego nie powie, będzie mnie to niesamowicie męczyło, zaś ciekawość zeżre ostatecznie od środka. Musiało być w tym coś istotnego... może było ze mną tragicznie, ale byłem spostrzegawczą jednostką. Te odkrząknięcie i sam wyraz twarzy wiele mówił... Odetchnąłem, gdy mnie wreszcie puścił. Przytknąłem sobie rękę do szyi, aby przejechać po niej opuszkami palców i chwilę pomasować. Tamten sznur zdążył mi się w nią trochę wbić, przez co czułem drobny dyskomfort w tejże okolicy. Oczy piekły mnie od nadmiernego płaczu i były rażąco przekrwione. Mam za swoje...
Dokąd chcesz mnie zabrać...? Nie ruszę się stąd, dopóki nie zdradzisz mi znaczenia tamtych słów! — użyłem tonu nieprzyjmującego sprzeciwu, udając jednocześnie obrazę majestatu. Stanąłem twardo na ziemi, ograniczając mu możliwość ciągnięcia mnie za sobą. Przysłowiowo tupnąłem nóżką. Nie planowałem ucieczki... Spojrzałem nań błagalnie, chcąc uzyskać od niego upragnioną odpowiedź.

Ethan Lin
Lil Meow Meow#3728
Zostaję przy jednej postaci.

Tatuator, 831 INK Tattoo Studio
Awatar użytkownika
about me
Motto:
Don't tell yourself that you are not valuable, because everyone is valuable in their own way and don't let yourself be told that.
180 cm
25 y/o
Cytuj

Post ()

- Dobrze, że chociaż tyle tobie powiedział i byłem mniej narażony na niebezpieczeństwo z takie połączenia. Niestety, nie każde leki działają od razu albo przynajmniej tak jakby się chciało i dobrze, że je bierzesz, bo one mają tobie pomóc wyzdrowieć – odparł, słysząc, że całkowicie nie odstawił swoich leków. A sama wieść o tym, że tamten chłopak wcale nie brał leków to świadczyło, że podjął już swoją decyzję, że nie chciał się leczyć, a pojawienie się w oddziale zamkniętym było dla niego tylko kolejnym nowym doświadczeniem, a nie zawalczeniem o siebie. W duchu Ethan cieszył się, że tamten postanowił się usunąć z tego świata, bo teraz istniała większa możliwość, że Jaesang wyjdzie na prostą.

Potem usłyszał, że miał mu powiedzieć, a raczej przekonać co w Chae było atrakcyjnego. To było za wczesne, aby powiedzieć całkowitą prawdę, co widział w Jae. Musiał to sobie poukładać w głowie i przetrawić to całe uczucie, że coś do niego czuł.
- Jesteś spostrzegawczym chłopakiem, który potrzebuje pomocy – odpowiedział na lawinę pytań, z myślą, że to mu wystarczy, bo więcej nie mógł powiedzieć. Albo powie, tylko że dla biedaczka w niezrozumiałym języku, czyli po mandaryńsku.

- Cieszę się, że wreszcie dotarło to do ciebie i pomogę tobie w tym, znaczy abyś mógł zawalczyć drugi raz. A jeśli chodzi o drugą połówkę, to nawet się nie spostrzeżesz, a znajdzie się ktoś inny – rozumiał o jaką samotność chodziło. Podobne myśli miał parę lat temu, ale teraz czuł, że znalazł kogoś odpowiedniego dla siebie, tylko musiał upewnić się w tym przekonaniu. – To będziesz kontynuował swoją terapię – dodał jeszcze, między innymi przyznając mu, że dobrze mówił w kwestii terapii.
Potem zauważył, że zaczął na niego dziwnie patrzeć z lekko rozchylonymi ustami oraz na policzkach Jae pojawiły się małe rumieńce. Nie miał pojęcia co sobie obecnie wyobrażał, ale dobrym rozwiązaniem tego wszystkiego było zignorowanie jego reakcji. Jednak następnym krokiem było zmierzenie się z konsekwencjami wypowiedzianych wcześniej słów w innym języku. Cicho cmoknął z niezadowolenia i takim przykładem było to, że Jaesang był spostrzegawczy.

- To jeszcze nie pora, aby to tłumaczyć – zakomunikował krótko, bo nie potrafił tego z siebie wydusić. To były za bardzo ważne słowa dla Ethana, aby tak po prostu przetłumaczyć to, co powiedział wcześniej. - Do siebie, do mojego mieszkania. Nie zachowuj się jak pięciolatek! Mówiłem, że to jeszcze za wcześnie z wcześnie, aby mówić o tym w twoim obecnym stanie – odparł, słysząc przeciw ze strony młodszego. Za to dostał z jego strony sprzeciw, że z nim tak łatwonie pójdzie i przysłowiowo tupnął nóżką. Znowu cmoknął z niezadowolenia, więc nic mu nie pozostało jak podejść do niego chwycić za talię i przełożyć go przez ramię, jeśli postanowił zrobić taki strajk. Więc tak zrobił, podszedł do niego, chwycił za wąską talię i przełożył go przez ramię , bo nie będzie się użerał z dzieciakiem, który
tupnął nóżką.

Jaesang Chae
sooheon#2034
brak multikont

Marzyłem o byciu muzykiem, a skończyłem w psychiatryku...
Awatar użytkownika
about me
Without repulsion you accepted me. Without you I am nothing. After the dawn, two of us we welcomed the morning together. Don't let go of my hand forever and I won't let go of yours either.
174 cm
19 y/o
wydra za napisanie karty 6 month feast - here's to us! 6 month feast - you're my only one
Cytuj

Post ()

Wzruszyłem bezradnie ramionami na jego słowa odnośnie leków. Póki co miałem do nich neutralne podejście. Sam trochę o tym czytałem ostatnio i naszukałem się rozmaitych opinii na ich temat, więc coś tam się dowiedziałem. Problem w tym, że nie zawsze lekarze potrafią dobrze je dobrać do stanu pacjenta i sam nie jestem pewien czy w moim przypadku też zrobili to porządnie. Nie do końca temu ufałem, zwłaszcza gdy odczuwałem niepożądane skutki uboczne w postaci tego otępienia, a wraz z tym poczucia zwiększonego zmęczenia. Starałem się być z nimi ostrożny... zanim postanowiłem podjąć się tej kolejnej próby samobójczej. Ale cóż, skoro kazali, biorę bez sprzeciwów, nawet jeśli średnio mi to odpowiada i nie odczuwam zbytnio po nich poprawy ani oczekiwanych efektów jakie miały dawać.
Czy rzeczywiście dołożą się do tej pomocy to się jeszcze okaże... — odpowiedziałem mu na to tylko tyle, gdyż nie chciało mi się roztkliwiać zbytnio nad kwestią psychotropów. Nie miałem jednak zamiaru się przeciwstawiać i będę starał się podporządkowywać zaleceniom lekarzy. Przekonam się z czasem co konkretnie będzie dla mnie najskuteczniejszym, a zarazem cudownym antidotum, dzięki któremu wydostanę się z sideł depresji i jej raz na zawsze pozbędę.... Póki co sam tego nie wiedziałem. Muszę uzbroić się w cierpliwość, nic innego mi w tym momencie nie pozostawało. Po połączeniu kilku faktów w jedną całość zrozumiałem, że Raphael nie był dla mnie dobrą partią i może to i lepiej, że go już nie ma... Chyba powinienem o nim zapomnieć, tak będzie najlepiej. Pewnie to trochę potrwa, bo mimo wszystko... nie jest to dla mnie proste zadanie. Ale po tym co usłyszałem od Ethana, obrzydził mi go nieznacznie. Na tyle, by nie mieć ochoty o nim więcej rozmyślać.
Ależ ja nie wymagałem od niego jego osobistej opinii na temat mojej atrakcyjności albo raczej jej braku. Poprosiłem go jedynie o sprecyzowanie, czy inni mogliby mnie w ogóle określić jako przystojnego choć w minimalnym stopniu... Szczerze wątpiłem, by ktokolwiek tak by o mnie powiedział, nie wspominając o tym, że mógłbym sobą jakąś jednostkę oczarować. Gdzie tam taka paskuda jaką jestem ja... Ethan to właśnie potwierdził.
A co ma uroda do spostrzegawczości...? Przyznaj, nie chcesz mi zrobić przykrości... tak, ja wszystko wiem... że jestem odpychający, w porządku... — mruknąłem smutno, a im ciszej mówiłem, tym głębia mojego tembru była bardziej uwydatniona, co przeplatało się taką... ostrą chrypką, co bynajmniej nie było oznaką chorego gardła. Tak po prostu brzmiałem, to u mnie norma. — Mam nadzieję, że się mną nie rozczarujesz... ech, no nie wiem... — póki co zawzięcie trwałem przy swoim i nic nie było w stanie zmienić mego zdania odnośnie miłości. Jakoś... nie umiałem uwierzyć w to, że jest mi to przeznaczone. Dziwne, że los był taki kapryśny... Z jakiegoś powodu niewyjaśniona dla mnie siła trzymała mnie przy życiu, mimo że już dwa razy próbowałem ze sobą skończyć... to było dość niesamowite i niezwykle zastanawiające. Ktoś się musiał świetnie przy tym bawić… albo faktycznie czekało coś na mnie wspaniałego i ktoś nade mną czuwał, bym w końcu to otrzymał.
Nie negowałem kontynuacji swojej terapii. Jeśli mam dalej o siebie walczyć... musiałem ją dokończyć. Pokiwałem twierdząco głową na znak, iż jego wypowiedź do mnie dotarła i się z nią zgadzam. Ugh, muszę się opanować i swoje durne emocje... to nie miało żadnego sensu. Z jakiego powodu tak reagowałem naprawdę nie mam pojęcia. I tak krzywo na mnie patrzył przez te żałosne rumieńce... jak by tu się ich pozbyć...? Czemu te cholery nie chciały ze mnie zleźć ja się pytam?! Jakie to idiotyczne...
Niby jaka pora według ciebie miałaby być odpowiednia w takim razie...? Coś mi tu ściemniasz... — zmrużyłem podejrzliwie swe kocie oczęta, bacznie mu się przyglądając. On sobie chyba ze mnie jaja robił… O nie, nie ma tak łatwo. Nie odpuszczę mu. Wyduszę to z niego, choćbym miał przeobrazić się w typowego buntownika! Byłem świadom, iż szantaż nie jest dobrym rozwiązaniem, ale skoro nie dawał mi wyboru... — Nigdzie nie... — urwałem, gdyż nie dane było mi tego dokończyć. Pisnąłem spłoszony, gdy straciłem grunt pod stopami, bo Ethan przerzucił mnie sobie przez ramię jak jakąś szmacianą lalkę... ja się tak nie bawię! — Och, skończ z tym nonsensem! Jeśli zaraz mi nie powiesz o co ci chodzi... ja się do ciebie przestaję odzywać! Ale najpierw... — jęknąłem z wyraźną dezaprobatą, a następnie zacząłem się wiercić i wierzgać, by się wydostać z jego uścisku. Nadaremno... nie miałem z nim szans, był silniejszy ode mnie. Za to mogłem podjąć się innych środków... wyciągnąłem ręce przed siebie i zacząłem błądzić po jego ciele, coby odnaleźć jakieś jego czułe punkty w... postaci łaskotek. Musiał jakieś mieć! Moje ruchy stawały się szybsze i intensywniejsze. Usiłowałem go w taki sposób osłabić i zdezorientować. Byłem mocno zdeterminowany by osiągnąć swój cel!

Ethan Lin
Lil Meow Meow#3728
Zostaję przy jednej postaci.

Tatuator, 831 INK Tattoo Studio
Awatar użytkownika
about me
Motto:
Don't tell yourself that you are not valuable, because everyone is valuable in their own way and don't let yourself be told that.
180 cm
25 y/o
Cytuj

Post ()

Za to jak zareagował Jaesang, a później to co na temat swoich leków, które miały w sobie wiele efektów ubocznych i musiał z nimi sam walczyć… Nie mógł go o to obwiniać, bo była jedyną samotna walka w tym wszystkim, gdzie nie mógł pomóc. Nie brał takich leków i nie miał zamiarów ich zażywać. Aż przypomniało mu się jak on sam zaczął uczęszczać na terapię, która mu pomogła, ale polegała na całkowitych innych zasadach i przede wszystkim bez żadnego przepisywania leków psychotropowych. A jeśli mowa tutaj o lekach to rzadko kiedy je bierze, bo doszedł do wniosku, że nie chce zaśmiecać swojego organizmu. Zażywać, tylko suplementy diety. Wcześniej, tylko kiwną głową odnośnie pomocy, prawdopodobnie wielu substancji aktywnych, które musiał zażywać młodszy.

Z tego małego zacięcia wyrwało go pytanie odnoszące się do urody Chae, a jego cechami. Co przyniosło za sobą sam negatywny odzew. Nie mógł mu powiedzieć tak prosto z mostu, że mu się podoba. Najpierw sam Ethan musiał utwierdzić się w tym przekonaniu, że to co zaczyna odczuwać do niego ma ileś procent szans, żeby w przyszłości coś z tego stworzyć.
- Nie jesteś odpychający… po prostu jesteś uroczy - mruknął, przy czym wypowiedział to z trudem, bo rzadko komu, a raczej nie był przyzwyczajony komuś przyprawiać komplementy.

Cicho westchnął słysząc kolejne zwątpienie w głosie Chae, którzy już na samym początku zakładał niezbyt szczęśliwy dla niego samego scenariusz. Jeśli popracuje nad sobą i zacznie, chociaż odrobinę wierzyć w siebie, bo na pewno kogoś uda mu się znaleźć, bo przecież takiej klusce nie da się przejść obojętnie. Był uroczy i tyle w temacie. Jednak zanim to zostanie wypowiedziane swobodnie przez Ethana to trochę potrzebuje czasu.
A temat tego co powiedział w innym języku nadal nie ucichł, wręcz przybrał trochę na sile i w tym był nie ugięty. Kolejna cecha, którą zauważył u Chae, że był uparty, aż do takiego stopnia, że naprawdę był bardziej uroczy niż normalnie.

- Nic tobie nie ściemniam - mruknął, bo i tak tego nie przetłumaczy teraz, bo Jae z duszą pięciolatka tego chce. Teraz. Natychmiast. Nie tylko on był uparty, Ethan również taki potrafił być.

Usłyszał urwaną wypowiedź, kiedy wziął go na ręce i przełożył go przez swoje ramię przez chwilę zastanawiając się ile on waży, bo nie był ciężki, ale jak na standardy Lina to można było odczuć, że Chae swoje ważył. Wiedział co chciałaś chwilę temu powiedzieć, że on nigdzie nie idzie, ale nie było inne opcji. On szedł razem z nim, bo nie miał zamiaru sterczeć w tym lesie.
A ty przestań ciągnąć ten temat jak dziecko, które chce dostać swojego cukierka - rzekł ostro, próbując iść razem z nim, ale to zostało uniemożliwione.
Teraz zamierzał zostać wierci piętą…? Pomyślał, lekko mocniej go obejmując w talii, aby przez przypadek mu się nie wysmyknął. A tu nagle zaczął go atakować łaskotkami. Na początku lekko napią swoje łopatki, robił to automatycznie, a poczuł jak jego dłonie zszedł pod zebra i zaczęły tam łaskotać. Próbował to wytrzymać, ale ten punkt był zbyt czuły, więc kiedy chciał postawić następny krok, zamiast utrzymać równowagę, stracił ją i wylądował na glebie porośniętą glebą, przy czym szybko zamknął oczy.

Jaesang Chae
sooheon#2034
brak multikont

ODPOWIEDZ